Grzybobranie

Pewnego wrześniowego wieczora zrobiłem sobie w łazienkowym zwierciadle zdjęcie. Był to kluczowy element tzw. „testu lustra”. Osławiony sprawdzian ten zaliczyłem pomyślnie, udowadniając, że mam świadomość istnienia własnego siebie samego. Niestety, zamieszczając fotografię na Instagramie, nieopatrznie ukazałem światu więcej, niżbym chciał. Kaprawym oczom mych obserwatorów ukazały się bowiem cudowne wykwity Matki Natury. Wydarzenia tego wieczoru określiłbym jako „Grzybobranie pierdolone. Początek”.

Już kilka godzin później, zanim jeszcze wschodzące Słońce rozpaliło taflę niespokojnej wody sedesowej, zawitali pierwsi followersi i właściwą inaugurację miało grzybobranie pierdolone przez rodaków uwielbione.

Podążam za nimi do mej łazienki, w której znikają jak w szlachetnym borze. Patrzę i widzę, jak ludzie, których uważałem za wykształconych przyjaciół, wycinają, wykręcają, a następnie wiadrami wynoszą grzyba, o kurwa, razem z kafelkami. I już na Insta robią sobie dobrze. O siódmej meldują się następni, wkurwieni, bo tamci o piątej. Są spóźnieni, ale lepiej wyposażeni, bo z taczkami, o ja pierdolę, grzyba rozkradają razem z całymi armaturami. Mówię, ludzie, kurwa, spokojnie, humaniści, poczytajcie se, nie wiem, o designie albo Springera, mnie zostawcie choć trochę grzybni. Ale to kurwa niezdrowi ludzie, zafiksowani na punkcie grzybów, głusi na me błagania.

Dla tych, którzy zjawiają się o siódmej, grzyba już nie starczy. Wyedukowani skurwysyni, przy użyciu szlaucha od pralki, zalewają więc skutą podłogę celem stworzenia przyjaznych warunków dla rozwoju grzyba, przeklinając tych z piątej („żeby niejadalne”) i szóstej („żeby się potruli”). Przyjdą jutro, powiedzieli. Jak powiedzieli, tak zrobili, to co przez dobę urosło, z mej umywalni ubyli.

Kurwa, klęska urodzaju, grzyby, chore bękarty Matki Natury i zwichrowani ludzie. I wszystko to w mojej łazience. Ja tam byłem, wodę z kranu piłem.

Dodaj komentarz