Polacy-Dotracy

W tym roku znowu nie otrzymałem zaproszenia na Festiwal Poetów, pojechałem zatem do Westerosu, aby zrobić trochę sosu. Postanowiłem napisać reportaż o Polakach, którzy przetrwali zagładę Królewskiej Przystani. Przed wyjazdem odwiedziłem Czerwony Krzyż, aby uzgodnić z Mistrzem Zakonu Czerwonych Krzyżowców szczegóły dotyczące planowanej pomocy humanitarnej. Podjęliśmy brzemienną w skutkach decyzję o natychmiastowym dostarczeniu poszkodowanym tego, co najbardziej potrzebne. Osobiście pomogłem pakować Monsterki i koszulki Pitbull West Coast.

Królewska przystań. Dostałem się do niej tak jak bohaterowie serialu, czyli metodą teleportacji. Przy Lwiej Bramie, jednej z siedmiu bram miejskich, strażnik pyta mnie o wizę.
– Wiza – rzuca od niechcenia.
– Wizna – odpowiadam z dumą.
Wojownik odsuwa się w pośpiechu. Wdzieram się do miasta, a za mną kroczą moje obładowane paczkami od Czerwonych Krzyżowców wołu i wielbłądy żujące piasek. Fajna ta Królewska Przystań, myślę, taka niezbyt przeludniona.

Bezzwłocznie udaję się na spotkanie z człowiekiem, który sprawuje rządy w mieście od czasu, kiedy Daenerys spadła z rowerka, a rowerek ukradli. Pytam zatem rezydującego w ruinach Czerwonej Twierdzy Szarego Robaka, czemu tak spuchł na twarzy, a później – jaką wyrobił sobie opinię o naszych rodakach.

– Polacy stają na środku przejścia – zauważa ze smutkiem. – W całym Essosie i Westerosie nie widziałem jeszcze nacji, która z takim uporem zatrzymywałaby się równie niespodziewanie, za nic mając kroczących za sobą.
– Och, Robaku-Po-Wojaku – podejmuję temat – mów mi więcej.
– Nie dalej jak wczoraj jeden z Polaków doprowadził w ten sposób do wypadku, w którym ucierpiało kilkudziesięciu Nieskalanych. Powpadali na siebie i poprzewracali. A Polak stał dalej.
– Ilu ich było, Szary Dziobaku? – dopytuję..
– Co najmniej 40 – odpowiada Szary Robak. – Jeden Polak zatrzymał 40 elitarnych wojowników.
– Och, Szary Buraku , to westeroskie Termopile – odrzekłem. – Polacy Termopilami Westerosu.
Nadymając policzki, spojrzał na mnie dowódca Nieskalanych z uznaniem i brakiem zrozumienia.

Zaczerpnąwszy informacji o rodakach, którym spalenie miasta zrujnowało wywczas, przystąpiłem do najważniejszej części swojej dziennikarskiej roboty. Konfrontacji z poszkodowanymi. Dowiedziałem się, że w międzyczasie zdobyli konie Dothraków, których z miejsca uznali za Tatarzynów i wzięli do niewoli. Dowiedziałem się także, że wsparci pomocą humanitarną zdołali zatrzymać ruch na wszystkich uliczkach spopielonego miasta. Czułem dumę.

Zgromadzili się w Smoczej Jamie, takiej lokacji wzorowanej na Wawelu. To oni. Majestatyczni dragoni w koszulkach ciasno opinających wyćwiczone ciała. Zabójczy jak husaria. Piękni jak…. H u n g a r i a. Polacy-Dotracy. Jeźdźcy nie byle jacy. W dłoniach, wzorem sarmackich przodków, dzierżą
śmiercionośne arakhi o zakrzywionych ostrzach oraz puszki energetyzującego napoju. Z wolna popiją życiodajny płyn, z każdym łykiem nabierając energii, która udziela się także ich rumakom.

I wtedy z szeregu jeźdźców wychodzi „koń rydzy; a temu, który na nim siedział, dano, aby odjął pokój z ziemi, a iżby jedni drugich zabijali, i dano mu miecz wielki” oraz Monsterki. Padam przed nim na kolana.

– Monsterki oraz Pitbulle to dary od Czerwonych Krzyżowców, którzy pragnęli, abyś mógł napoić i odziać swój khalasar, Panie – mówię, wzrok wbijając w końskie kopyta. – To straszne, co was spotkało.
– Polacy-Dotracy nie znają strachu – odpowiada umięśniony mężczyzna w koszulce bardzo dobrej jakości i czapce z łyżwą z boku.
– Ta klęska żywiołowa-ogniowa….
– Polacy-Dotracy nie znają klęski – mówi jeździec, po czym z nonszalancją wylewa mi na głowę zawartość puszki. Ciepła, słodka ciecz zlepia mi włosy w coś na kształt przedpotopowej bestii. –To korona, na widok której zadrżą wrogowie – tłumaczy. 
– Valar Morgulis – mówię z wdzięcznością.
– Virtutis Miliatris – odpowiada dostojny jeździec.

Jakiś czas później poznałem imię tego malowanego chłopca, nieustraszonego wodza Polaków-Dotraków. Brzmiało ono Khal Za-Drogo.

Dodaj komentarz