Edukacja. Historia prawdziwa


No i dostałem się na polonistykę. Chciałem na jakiś UJ czy UW, ale nic, przecież w Zdunowie Jaśniepańskim też polonistyka, mimo że w paskudnym dwupiętrowym baraku robotniczym eternitem krytym, zawsze to jednak bliżej do Zdunowa i taniej wyjdzie. Tak sobie tłumaczyłem. Teraz wiem, że trzeba było zdawać na maturze coś oprócz wuefu w wymiarze podstawowym. Ale kto wtedy o tym myślał? Byliśmy młodzi i nieszczęśliwi.


Wbrew pozorom filologia polska w Zdunowie nie dla każdego była osiągalna. Dziekan Józwa przyjmował tylko tych, którzy potrafili się podpisać. Miernoty stawiające krzyżyki posyłano podstępem na teatrologię do sąsiedniego baraku, łudząco przypominającego kurnik. I z tego festynu jasełek nie było już dla nich ucieczki. Mnie się poszczęściło, ocalałem prowadzony na żerdź. Czułem dumę. Dostałem się w końcu na filologię polską, a nie na jakąś śmieciologię w kontekstach makulatury.


Rok mój był rokiem pierwszym i jedynym, biorącym udział w przedsięwzięciu, które dziennikarze śledczy nazwali później haniebnym eksperymentem na ludziach. Zdaję się, że konserwatywna opinia publiczna nie była po prostu gotowa na to, że na nowo powstałym Wydziale Nauk Humanistycznych i Metafizycznych Wyższej Szkoły imienia Taco Hemingwaya w Zdunowie Jaśniepańskim urzeczywistniano najnowsze metody kształcenia.


Weźmy dla zilustrowania sytuacji typowo polonistyczne, stanowiące klasykę gatunku przedmioty. Niech będzie teoria literatury. Intuicja sugeruje wiążące się z nią bogate doświadczenia lekturowe. Otóż nie, w końcu była to teoria, a czytanie zalicza się już sfery praktyki. I nie była to jedyna nowa jakość metodologiczna. Historię literatury polskiej prowadził profeta, który widział przyszłość, ale przeszłości to już nie, co zasadniczo komplikowało sprawę. Albo gramatykę języka też sobie weźmy w celach poglądowych, gramatykę prowadzoną przez pieśniarza kultu kozła, który był przekonany, że to zajęcia z łaciny i greki. A co jest najlepsze w językach martwych? Właśnie to, że są martwe.


Zatem nie obowiązywał nas ani prowadzących żaden odgórny regulamin studiów, rządziło raczej prawo precedensu i farsy. Mimo początkowych niejasności, okazało się, że na zaliczenie większości przedmiotów wystarczyło nauczyć się ich nazw na pamięć. Lub zrobić cokolwiek innego, co uwłacza rozumowi, na przykład zaśpiewać polski rap ku chwale uczelni patrona albo przeczytać artykuł z Vice Polska. I było to z natury dobre, pusty śmiech o wiele więcej przecież znaczy od pełnego żołądka. Najmilej wspominam jednak nieodżałowany wuef, z którego zaliczenie semestru przebiegło zgoła inaczej: Trener Daniel zaprowadził nas do bagnistej piaskownicy na dziedzińcu pobliskiej kamienicy przy ulicy Kurwy-Nędzy, wręczył łopaty i kazał kopać tak długo, aż dokopiemy się do drugiego dna. W ten oto sposób poznaliśmy też działanie mechanizmu ironii. Zaprawdę były to wielkie dni szkolnictwa wyższego na tej naszej Sorbonie.


Studia to młodość, a młodość to nie tylko nieudane próby samobójcze, ale też namiętności, którym i ja uległem. Niestety motyle w brzuchu szybko zdechły od uczuć żaru, jak te ćmy od lampy.


Jako mężczyzna na polonistyce, przedstawiciel mniejszości, liczyłem oczywiście na to, że na roku poznam kobietę swych najśmielszych marzeń. Problem polegał na tym, że dziewczyny z roku przeważnie orientowały się, co i gdzie studiuję, co z miejsca stawiało mnie na przegranej pozycji. Już na początku semestru zapłonąłem uczuciem do eterycznej Asi (typu duchologia i muzyka etno), która dorabiała w pobliskiej Żabce, aby opłacić sobie nową tożsamość i zacząć od początku w innym powiecie.
Chodziłem ja do tej Żabki i kupowałem różne niezdrowe gówna, byle tylko nawiązać nić dialogu ze swą Gałązką Jabłoni. W trakcie schadzki zwyczajowo zwykłem oznajmiać, że płacę kartą, co leżało u podwalin żartu sytuacyjnego: wystarczyło wnet dodać, że wcale nie mam karty i ogółem to ja więcej nie mam, niż mam. Zaśmiewałem się, aż mnie serce bolało i trzeba było dzwonić po łódzkie pogotowie. Gdy jednak po jakimś czasie Asia zdała sobie sprawę, że studiujemy ten sam kierunek, przestała mnie obsługiwać. Zmuszony byłem przekupywać butwiejących narkomanów ze wspomnianej już ulicy, by przynosili mi różne niezdrowe gówna, od których się w szybkim czasie klinicznie uzależniłem.


Niedawno dowiedziałem się, że Asia spełniła swój amerykański sen na miarę Polski i w sąsiednim powiecie została dumnym franczyzobiorcą sieci Żabka, gdzie, ze względu na realia rynkowe, sama jest sobie kierowniczką i pracowniczką.


Z sercem złamanym jak żywoty świętych, oddałem się bez reszty nauce. Płynęły jak śmieci w strumieniu górskim kolejne miesiące edukacji, a wieczny listopad łagodził ból melodią ciężkich kropel dudniących w blaszak. Raz w tygodniu Dziekan Józwa zwoływał spotkanie roku w sali konferencyjnej uczelni (onegdaj stołówce), w trakcie którego, zza mównicy, wyśpiewywał aniołów pieśń apokaliptyczną. Zanotowałem powracający jak mantra fragment: „Sekve al la diversaj bezonoj en la daŭro de la historio estis breditaj diversaj bovrasoj”. Wygląda to jak szczęście, ale brzmiało jeszcze lepiej. Słuchaliśmy jak zaklęci pieśni Dziekana Józwy, zrozumiałej chyba jedynie dla Boga.


Pierwszy semestr minął szybko, jak szybko mija wszelka radość, a sesja zimowa została odwołana, ponieważ spadł śnieg i nastroje nastały dekadenckie, przesycone rezygnacją. Toteż nie trzeba było nawet uczyć się nazw przedmiotów, wystarczyło w naszym USOS-ie, wdrożonym do środowiska telegazety według standardów ISO 9001, złożyć na stronie 777 podanie o zaliczenie przedmiotu. Tak nam powiedział Woźny Chomąto. Chociaż to bzdura, to jednak bzdura piękna jak kwiaty polne, piękna jak Dziekan Józwa. A to właśnie po stronie piękna leży prawda.


Po zimie nadszedł wyczekiwany listopad (w tym kraju prawie cały rok listopad) i wszystko wróciło do normy. W sesji letnio-listopadowej zdobyłem więc większość ocen z ćwiczeń i wykładów w przedterminie. Rozwijałem się także pozalekcyjnie – wygrałem między innymi konkurs na relację z jasełek w kurniku teatrologii. W konkursie tym byłem bezkonkurencyjny. Nikt inny nie wziął w nim udziału.


Lecz u schyłku semestru, gdy do wakacji w cieniu akacji brakowało mi już tylko oceny z zajęć o martwych poetach, na których regularnie nie zjawiał się prowadzący, z racji w pełni zrozumianego smutku, świat nasz akademicki zadrżał u podstaw. Pewnego dnia Dziekan Józwa, a wszyscy go słuchali, gdyż miał przecież licencjat z zarządzania, bloga w Wordpessie i transcendencję, ogłosił że polonistykę w Zdunowie Jaśniepańskim trzeba zlikwidować, i to rychło, bo Ministerstwo Oświaty zgotuje nam tu drugą Norymbergę. Uczony w piśmie słodki książę oznajmił na łamach gazetki ściennej, iż trzeba wszystkich nobilitować licencjatem, niech uciekają i zakładają nowe wydziały, a barak nasz wspaniały należy spalić i solą posypać, jak Kartaginę, starożytną Kartaginę. Tako rzekł Dziekan Józwa, charyzmatyczny okrutnik.


W trakcie wietrznej Nocy Walpurgi, Władze Wydziału, w osobie Dziekana Józwy, Woźnego Chomąty i Portiera Bożygara, podjęły brzemienną w skutkach decyzję o zorganizowaniu jednego seminarium licencjackiego dla wszystkich studentów: „język w reklamie, reklama w języku”. No patrzcie, jakie to przewrotne. Jak łatwo się domyślić, o rymowankach Szymborskiej to tam nie napiszesz, choćbyś się uparł. Więc upierać się nie było sensu.
Po konsultacji w imaginacji z powołanym Promotorem, wybrałem jako zagadnienie pracy reklamę barszczu, w której sympatyczny pan mówił, że w jego stronach na buraki mówi się „buraczki”. Autentyk. Było to niesamowite, gdyż w moim domu rodzinnym na buraki zwykło mawiać się „kalarepa” albo jeszcze inaczej. Praca miała mięć objętość ośmiu stron i nawiązywać do badań prowadzonych w instytutach chomikuj.pl i Vice Polska. Proces twórczy zajął mi trzy wieczory przy dworcowym hotspocie. Gdy wytrząśnięty z drobnych wróciłem na uczelnię z oprawioną w ceratę z WARS-a pracą dyplomową, rozpoczęła się między mną a Promotorem Odrowężem tajemna gra niedopowiedzeń. Na początku zdawał się mnie nie poznawać, gdy mijałem go na blaszanych korytarzach. W końcu przyparty do blaszanego muru wcisnął mi w ręce teczkę wypełnioną randomowymi artykułami i uciekł w neurotycznych podrygach. Tak jak jaszczurka zwinka odrzuca swój ogon, tak on zostawiał coś, aby ulotnić się w zamieszaniu. Później dowiedziałem się, że dzieje się tak za sprawą ewolucji i z tym trzeba się wreszcie pogodzić.


Jednak dopadłem w końcu Odroweża w gabinecie i wymogłem nań przeczytanie pracy. Promotor mój miał wężowe oczy i zarośnięte oblicze, wyglądał jak forma pośrednia między gadem a ssakiem. Promotor mój mógłby wykładać nie tylko tu, ale też w zoologicznym. Czytał on uważnie tekst, mrużąc ślepia, bo wąsy miał długie, lecz wzrok krótki, wrażliwy raczej na ciepłotę, a od mojej pracy wiało chłodem. W końcu wstał od biurka, powiedział, że to co napisałem jest bardzo świeże i zaraz wróci, musi tylko ochłonąć. No tak, zmiennocieplność, myślałem. Po godzinie zapytałem o niego w sekretariacie, dowiedziałem się tylko, że jego gatunek wyginął. Zaprawdę, jeśli posiadasz takich przyjaciół, wrogowie nie są już do niczego potrzebni.


Została mi już tylko jedna możliwość: uderzyć wprost do Dziekana, to jest napisać do niego w zakładce kontakt w blogu na WordPressie. Dziekan Józwa dbał o social media, odpowiedział więc niebawem, że to świeża sytuacja z tym promotorem i mianuje mnie licencjatem bez czytania pracy, muszę tylko jakiś papierek z dziekanatu przesłać faxem. I spokojnie, nie będzie żadnej obrony, bo nikt tu nikogo nie chce atakować, bezstresowe nauczanie. Tylko dzisiaj mam to wszystko załatwić, bo niebawem zacznie się Sorbony katastrofa.

Więc ja szybko do dziekanatu, w kontenerze przy baraku.A tam tylko specjalista od USOS-a i rozliczania ECTS-ów, naszej kryptowaluty, ex-nauczyciel matematyki w Cosiniusie, który słyszał tylko piąte przez dziesiąte. Mówię mu, że zaświadczenia potrzebuję, że wszystko zaliczyłem, aby dyplom otrzymać. A on mi się z uśmiechem przedstawia…Tłumacze nerwowo, a on, że owszem, lato będzie ciepłe, jak na wieczny listopad… Podsuwam mu w końcu wydruk wiadomości z blogu Dziekana i jego tam orzeczenie. Pojął, prowadzi mnie do swego biura na pierwszym piętrze baraku, w kantorku na miotły i dmuchawę do liści. Tam podnosi z biurka pilot telewizyjny, wielofunkcyjny, wystukuje na nim doskonałą kombinację, spogląda w ożywiony ekran w kącie izby, następnie na mnie, składa ręce jak do pacierza, zamyka oczy i blednie, jak bledną w naszych głowach najpiękniejsze wspomnienia. Zrozumiałem: brakuje mi w systemie oceny z fakultetu z martwych poetów.


No to biegiem do gabinetu człowieka od martwych poetów. On zawsze w gabinecie, nie ma swego miejsca na świecie. Na schodach sprzątaczki, z góry, z dołu sprzątaczki, ja pośrodku klatki schodowej, osaczony, one mopami wywijają, w śmiertelne kleszcze ludzi biorą, jak pod Kannami, jak pod Cedynią, przyjacielu. A oblicza marsowe tych czarodziejek z księżyca, jakby chciały na łeb wiadro pomyj wylać i mopem dobić. Nadludzkim wysiłkiem przebijam się z okrążenia, przemykam obok jednej, czując na karku wilgotny pocałunek szmaty na kiju wystrzelonej przez tę drugą. Przecinam korytarz, depcząc znajomych Wojtków i Kasie (czy Basie), gdyż legli ze swymi ambicjami na przetartej już podłodze. Zdyszany wpadam do gabinetu, ciało pracuje szybciej niż umysł, głowę wciskam między drzwi a framugę, tułowiem i resztą napieram na drzwi, tak jakby kopnąłem się zatem drzwiami w głowę, tak też się zdarza. Wpadam do środka z obitym uchem, oznajmiam że na egzamin z martwych poetów, gotów jestem odgadywać nazwę zajęć, a profesor w stopniu licencjata nic nie odpowiada, bo umarł. Chrystusie Miast, no nie powinno mnie to zaskoczyć, że akurat on nie doczekał końca Kartaginy. Mimo to niesmak jakiś, bo nie zdobyć wykształcenia z tak błahego powodu? To jak dostać raka od e-papierosa; jak za polski film z torrentów trafić do celi ze Stonogą.


Tylko fiszka na biurku. „Zdelegalizować nowoczesną poezję. Jak się nie rymuje, to spierdalać”. I tyle zostało z człowieka, taką myśl potomnym zostawił. Nic ponadto. Stałem tak zadumany, aż z zawieszenia wyrwały mnie krzyki z korytarza, ryki straszne jak krów niedojonych, albo Stonogi pod celą japy darcie. Wrzaski studentów i studentek, że dziekan z kagankiem oświaty do piwnicy zstąpił, gdzie dziki ogień składowany, jeszcze po Szalonym Rektorze. Ktoś odkrzyknął, że to barak i nie ma piwnicy, ale rychło w czas, bo już się dokonało. Przez okno dostrzegłem, jak Dziekan Józwa opuszcza budynek, jak wybiegają za nim niektórzy studenci, a inni zostają, bo martyrologia, straszliwa choroba. Wspinam się na parapet, powodowany niezrozumiałym pędem życiowym. Drugie piętro, ale oszukane jak wszystko wokół, dwa metry pode mną kontener z dziekanatem, obok Toi-Toi, niżej trawnik. Salto mortale. Ostatnia szansa dla szympansa.


Gdy dynamicznymi przewrotami w przód, wirując jak smartfon pralce, wycierając głową trawy polne, rozładowywałem olbrzymią energię kinetyczną, gmachem naszym targnęła eksplozja, jakiej na UW nie znają.
Barak płonął jak najlepsze książki – dając dużo ciepła. Ta blacha zawiodła, ta blacha to musiała być z tektury albo innego gównoleum. Pozostałości uczelni wkrótce zapadła się ze wstydu pod ziemię. W oknach kamienic przy ulicy Kurwy-Nędzy skacowane mordy spoglądały z niekrytym żalem i pluły smołą z przepalonych płuc. W powietrzu wirowały drobiny styropianu, dzieci płakały, że znowu spadł śnieg. W chwilę później po pogorzelisku kroczył już Dziekan Józwa posypując popiół solą, bezgłośnie poruszając ustami. Metaforyki tego zdarzenia nie pojąłem po dziś dzień.


Zapadła cisza. Cisza taka, że usłyszysz, jak czarne myśli po głowie chodzą, usłyszysz też, jak serce pęka. Studenci – książkoholicy zaczytani w nienapisanych jeszcze książkach, redaktorzy pism o ujemnych nakładach, pisarze analfabeci, poeci milczący na slamach, krytycy-podlizywacze i przyszli nauczyciele wychowania do życia w rodzinie – z wolna rozeszli się po pośredniakach. Głuchy z Cosinusa nieśmiało zaproponował mi teatrologię, bo kurnik się ostał. Ale nie, ja już raz ocalałem prowadzony na żerdź. Na miejsce fatalnej klęski edukacji nadleciały warczące czarne śmigłowce, uzbrojeni komandosi Obrony Terytorialnej pochwycili Dziekana Józwę. Nie stawiał oporu. Przeczytałem później w telegazecie, że przetransportowali go bezpośrednio do California State Prison in Corcoran, do celi po Charlesie Mansonie.


Wsiadłem do przypadkowego autobusu i otumaniony jeździłem od pętli do pętli, pragnąc okrążyć Ziemię, która nagle stała się przeraźliwie pusta. Gdy stopniowo docierało do mnie, że przyszłość spłonęła ze wstydu, chciałem uwierzyć, że to wszystko jest tylko najczarniejszym ze snów. I kiedy całą siła woli próbowałem się zbudzić, wtedy to właśnie zasnąłem. I mnie okradli.

Dodaj komentarz