Klefedron

[Czarne Mydło, s01e02]

W roku 2018 polscy doktoranci połączyli chemię z matką naturą i polibudą. Innymi słowy: połączyli mefedron z bocianem i dronem bojowym. Tak właśnie powstał Klefedron, dziesiąty Antychryst.

Na spotkaniu rady Wydziału Filologii Wolskiej Uniwersytetu imienia Talesa z Miletu wyznaczono mnie do uwolnienia Klefedrona z tajemnej bazy, gdzie humaniści jedzą zrazy. Tłumaczono, że to muszę być ja, ponieważ studiuję już siódmy rok, przez co jestem jak Harry Potter. Wzbraniałem się jak mogłem przed tą misją, jednakże grożono mi, że w przeciwnym razie będę musiał czytać wiersze bez rymów, bo takie się teraz produkuje. Uległem. Zresztą tylko krowa nie zmienia poglądów.

I za to ją szanuję.

Moim koordynatorem operacyjnym został charyzmatyczny woźny, okupant kantorka na miotły, który komunikuje się ze światem za pośrednictwem głuchego psa, Wylinka. Nieślubny pomiot Saby przekazał mi laptopa jednej z doktorantek, znalezionego w rowie przy budowie. Pospiesznie sprawdziłem herstorię wyszukiwań. Zalando. Transakcja: wzbogacony uran. Sposób dostawy: arktyczny lodołamacz z Murmańska. Miejsce dostawy: Pomorze Zachodnie…

Na Pomorzu Zachodnim pojmałem kilku tuziemców zamiatających piach na wydmach i zmusiłem ich do konfesji, obiecując darmowe numerki do szatni w Disco Plaza Techno Faza w Mielnie oraz cieplejszą wodę w Bałtyku.

Kłamałem jak z nut. Nawet mi się nie śniło, by w tych sprawach interweniować…

Zasięgnąwszy języka, zerwałem gałązkę oliwną ze świętego drzewa mieleńskiego, lokalnego zabobonu, i pogoniłem nią tych nierobów do diabła, avada kedavra. Jak udało mi się ustalić, laboratorium w którym przebywał Klefedron, mieściło się na terenie elektrowni termonuklearnej w pobliskich Gąskach. Od dawna przypuszczałem, że elektrownię finansuje Teheran…

Jeden z autochtonów zdradził mi, że teren reaktora strzeżony jest przez czołgi oraz rencistów no i pole minowe. Ale Jaca sobie poradzi.

Jaca ma patenty.

Pole minowe zabezpieczyłem, przepuszczając przez nie turystów, którym z dobroci serca wskazałem najkrótszą drogę na zjazd food trucków. Patrolujących rencistów przekupiłem obietnicą latających desek i Międzymorza. Czołgi zwiodłem, podając się za rencistę. Wkrótce znalazłem się w portierni gmachu z przyciemnianego szkła i antymaterii.

Oficjalnie w budynku mieściła się firma produkująca kaczkomaty, w których można wypożyczać kaczki i dawać im okruszki, by wypełniać ptasie brzuszki. W ten sposób humaniści przez kilka dekad zwodzili ONZ i sanepid, czerpiąc przy tym dofinansowania do eksperymentowania.

– Teleporotuj mnie, zgarbiony człowieku – rzekłem w kierunku portiera, pokazując mu dyplom potwierdzający, że mam licencjat z języka wolskiego.
– Kim jesteś? – zapytał cyborg.
– Jacą – oznajmiłem z butą.
– Jaką Jaczą? – zapytał podejrzliwie, żując tytoń z Texasu.
– Jaczą Kaczą – odpowiedziałem, wydymając pełne usta.

Mężczyzna złamał się psychicznie i wcisnął przycisk transmitujący mnie do kompleksu badawczego. Przemierzyłem labirynt korytarzy, podając się za minotaura. W końcu stanąłem przed wrotami do pomieszczenia specjalnego przeznaczenia. Tabliczka głosiła: “Klefedron – fatalne połączenie narkotyku z bocianem i amerykańskim lotnictwem”.

Odruchowo rozbroiłem strażnika uzbrojonego w pręt zbrojeniowy, związałem go fałszywą obietnicą i przymierzyłem jego buty. Były za małe. Piły i obcierały. Splunąłem z dezaprobatą i dolałem olejku eterycznego do zbiornika e-papierosa, z dezynwolturą strząsając kilka kropel wywaru na elektrostatyczne panele podłogowe. Te zaskwierczały wściekle.

Zaśmiałem się w duchu. Wiedziałem, że w ten sposób spowolnię pościg.

Wszedłem do środka, uprzednio skanując na czytniku odcisk palca skrępowanego zakalca…

Izbę wypełniała płynąca z bezprzewodowego głośnika muzyka Sławomira oraz woń Monaru.

Wtedy go zobaczyłem.

Siedział na żerdzi na niewidzialnej uwięzi. Klefedron, niebożę, składał się w całości z pierza i strasznego narkotyku. Jego pneumatyczne kości wytwarzały stan nieważkości. Dziób ptaszora, w postaci zwijki do tematu, ukształtowany był z chityny i plazmy. Na domiar złego Klefedron był niewykrywalny przez radary i wykonywał fotografie niesamowitej rozdzielczości. To wszystko, w połączeniu z wypaczoną naturą ptaszydła, stanowiło o jego zagrożeniu dla ludzkości.

Uwięziony był w pułapce magnetycznej zasilanej przez wzbogacony uran z reaktora atomowego na powierzchni ośrodka oraz promieniowanie kosmiczne emitowane przez latarnie morską w Gąskach. Pułapkę zaprojektował zaangażowany poeta, więc wcale nie działała, tylko buczała.

Uznałem, że winę za niedolę Klefefedrona ponosi społeczeństwo. Tak zwane czynniki środowiskowe i patriarchat. Rozkazano mi go uwolnić, chociaż nie powiedziano mi, na co to komu. Wysadziłem więc ścianę w powietrze, bombami termobarycznymi zaszytymi w swetrze.

– Uciekaj malowany ptaku – krzyknąłem, wskazując Klefedroni drogę do Puszczy Białowieskiej, gdzie poeci karczują drzewostany za pomocą ostrych wierszy i ciętych ripost.

Klefedron wydostał się na wolność, wkrótce jednak został zestrzelony przez myśliwce Ryanair, przechwycony przez prekariuszy i uwięziony w papugarni. Tam narkotyzuje nieletnich aż do momentu upodlenia, a następnie ich streamuje, co prowadzi do degrengolady moralnej. Zrozpaczeni rodzice nie maja wyboru – muszą donejtować i klikać w dzwoneczek.

Na uczelni złożyłem szczegółowe sprawozdanie psu woźnego w kantorku na miotły. Wylinek nic nie usłyszał, ale stwarzał taki pozór, wywieszając ozór. Zgorszony, rzuciłem mu gałązkę oliwną z wydmy mieleńskiej, żeby pobiegł sprawdzić na korytarzu, czy nie ma nowych ofert stażu. Bękart psa Saby wnet wrócił z gałązką w paszczy. Ociekającą oddaniem…

Wtedy to moje życie uległo przewartościowaniu. Pojąłem, że musimy wszyscy zadbać o zwierzęta, rośliny oraz wychowanie dzieci. Jako ludzie powinniśmy też więcej biegać, bo to leczy depresję i nie robi smogu. Niech to wybrzmi – nie warto tak eksperymentować z technologiami, zupełnie nie warto.

CZARNE MYDŁO – przyszłość jest brudna 🙁

Dodaj komentarz