ZAROBIĘ TYSIĄC PRZED TRZYDZIESTKĄ

 

Od malczika pragnąłem zarobić tysiąc przed trzydziestką, dlatego w wakacje zacząłem pisać dla portalu gloryfikującego życie kulturalne w Zdunowie Jaśniepańskim. A co to było za lato! Po zimie tak ostrej, że pokończyły się książki i trzeba było palić węglem, nastało lato tak upalne, że wyparowały wszystkie cieki wodne, a w wyschniętych korytach rzek stołowały się świnie.

Na początku sierpnia redakcja wysłała mnie do Muzeumu Badziewiu, które dopiero co otworzyli, a już mieli zamykać, żebym opisał znajdujące się tam zbiory. Tekst miał być przetłumaczony na języki angielski, śląski oraz aniołów i stanowić przełom w stosunkach międzynarodowych i transcendentalnych.

Muzeum znajdowało się na rozpalonym wzgórzu wznoszącym się nad centrum grzesznego Zdunowa. Na Golgotę prowadziły kręte, spocone przez wspinaczy schody, z których co chwilę ktoś spadał, a potem płakał i jego łzy zlewały się z potem. To było niesmaczne.

– Dzień dobry, nowe nowe media – krzyknąłem w holu Muzeumu. – Chciałem wejść za darmo, żeby napisać artykuł o waszej placówce, artykuł warty lepszej sprawy.

– Dzień dobry – odkrzyknęła silna kobieta w recepcji. – Czemu taki mokry, nie wolno.

Podszedłem bliżej, ociekając. Płakały moje skronie, pociły się oczy. Na szczęście w pomieszczeniu chodziła klima. Z klimy kapało na łeb. Ja kapałem na podłogę. Krople potu parowały z sykiem w zetknięciu z powierzchnią. Dzieci wyły, że to węże wodne. Matki były bezsilnie, ojcowie nieobecni, bo pojechali na wojnę, kiedy pociłem się w rurki.

– Jestem z piechoty morskiej i szedłem za statkiem – odrzekłem humorystycznie, bo mam poczucie humoru większe niż honoru.

– Połączę pana z centralą, bo nie wolno – odparła silna kobieta całkiem poważnie i po chwili podała mi przez blat słuchawkę na kablu.

Przyglądała się mojej dłoni. Mam dłonie delikatne jak konie.

– Halko – usłyszałem w słuchawce głos jeszcze silniejszej kobiety.

Odruchowo naprężyłem biceps i rozerwałem rękaw jedwabnej koszuli, bo w łapie mam jakieś 42. Ale ulane i niektórzy są zdania, że się nie liczy.

Nim powiedziałem cokolwiek, pozwoliłem, by kilka kropel wsiąkło w słuchawkę i wsączyło się w ucho rozmówczyni. Jak słodka trucizna w Hamlecie. Później wytłumaczyłem, że reprezentuję Radio Wodna Europa i pragnę zostać wpuszczonym bezpłatnie do efemerycznego Muzeumu Badziewiu.

– Niestety darmowe wejścia dla ubożąt tylko we wtorki – odparła . – A dzisiaj sobota. Dwanaście złotych bilet dostępu do zbiorów. Darmo tylko malcziki studenci, bo i tak nie przyjdą.

Nie chciałem dwanaście, bo za swoją pracę miałem dostać dziesięć brutto i to na czarno.

– Ale ja malczik edukujący – zablefowałem.

Znałem technikę blefu, ponieważ moi znajomi, którzy przegrywali w karty, mówili, że blef to sposób życia i wymaga wyćwiczonego umysłu.

– A, jak malczik, to bardzo proszę – odpowiedziała, a ja odrzuciłem słuchawkę z łatwością i wprawą, jakbym odrzucał przyjaciół.

Pozdrowiłem portierkę niby to salutując, w rzeczywistości ocierając czoło. Nie mogłem nic więcej. Bo gdybym ją uściskał, rozmyłbym jej makijaż.

No i wszedłem, chociaż ja już przecież nie malczik. Na studiach byłem długo, przeżyłem tam wiele rozczarowań i paru kolegów, a ludzie z roku młodsi o pół dekady mówili do mnie „tato” albo „Big Daddy”.

Czy w Muzeumie postąpiłem niemoralnie lub nieetycznie? Nie wiem, zaprawdę, jaka jest różnica między tymi pojęciami. Na pewno czułem, że jestem bliżej spełnienia marzeń małego chłopca.

A później poszedłem do Lidla, bo była sobota. Stojąc w milczeniu przy chłodniach z nabiałem, doznałem orzeźwienia.

Dodaj komentarz