W TULISZKOWIE WSZYSTKIE PSY IDĄ DO NIEBA

 

Tuliszków leży kilkanaście kilometrów na południe od Konina, Tuliszków leży, śpi i dostaje odleżyn. Miasteczko niewielkie, porzucone przez młodych, niepozbawione jednakże pewnych lokalnych atrakcji. W parku stary spichlerz otoczony fosą, w fosie rzęsa wodna, śmieci i kaczki. Na trybunach przyszkolnego stadionu Tulisi Tuliszków kilka plastikowych siedzeń i klatka dla kibiców drużyny przeciwnej, a właściwie dla jednego dużego kibica, który może sobie usiąść w środku i zostać obrzucanym jajkami. Na pagórku w centrum smukły, biały kościół św. Wita z XV wieku, na ławeczkach wokół rynku kilku pijaków wiecznie niedopitych, obok taka kula z buzią, co się toczy w wodzie za majątek UE.

Gdzie indziej Grota Matki Boskiej z Lourdes straszy niczym niedźwiedzia gawra.

W sklepach rodem z późnych lat dziewięćdziesiątych włączone radioodbiorniki, z radioodbiorników brzmią reklamy innych sklepów, sklepów, które które można odwiedzić w najbliższych metropoliach, na przykład w Koninie albo w Turku.

„Jak sobota to do Lidla, do Lidla, do Lidla…” – śpiewa pan z radia. Ale co ma ze sobą zrobić mieszkaniec Tuliszkowa?

No może iść do Polo Marketu.

Kiedy zdecydujesz się na spacer wąskimi uliczkami Tuliszkowa, miasteczka o ciasnej i niskiej zabudowie, natkniesz się może na trzy osoby z zamieszkałych, podaję ze Wiki, ponad 3348. Idziesz sam, lecz towarzyszy ci muzyka miasta. Quady i motory wprawiają w niepokój, brzęcząc jak szerszenie, lecz przede wszystkim – psy wyją, a kościół nieustannie głosi lub gra. Bo przez kościół i psy przemawia Tuliszków. Psy i kościół tworzą doskonała synergię psiej natury ze świętością. Quady to przy tym jak brzęczenie much lub cymbał brzmiący.

Ale co mają psy kudłate wspólnego z kościołem świętym? A no sporo. Ale po kolei.

Kościół na wzniesieniu narzuca bowiem mieszkańcom miasteczka ustalony rytm dobowy obcowania z sacrum. Dzięki odpowiedniemu nagłośnieniu msza święta słyszana jest przynajmniej z odległości mili morskiej. To nie wszystko. Każdego dnia tygodnia ze strzelistej wieży kościelnej, niczym zaśpiewy z minaretu, płyną melodie szlagierów piosenki religijnej. Przeboje naszych dziadków typu “Kiedy ranne wstają zorze” (6.00) czy ukochana przez papieża “Barka” (21.37!) [to nie żart z Jana!].

Największe wpływ na Tuliszków wywiera jednak “Maryjo królowo Polski”, które zabrzmiało pewnego sobotniego wieczoru na godzinę przed “Barką”. Na pierwsze dźwięki pieśni wszystkie psy na podwórkach w Tuliszkowie, drzemiące na gankach domów i w kojcach, pogrążone w snach o samorzucających się kijach, podnoszą powieki, rozdziawiają pyski i rozpoczynają swój koncert. Śpiewają z zaangażowaniem i wprawą, jakby wyćwiczone przez genialnego dyrygenta na samej górze. Ich tak różne przecież głosy zlewają się w jedną uświęconą kakofonię. Jedne psi zawodzą jakby jutra miało nie być, drugie szczekają nerwowo, jakby jednak miało nadejść i przynieść jedynie rozczarowania. Wszystkie mają prawo głosu. To prawdziwe święto demokracji.

Żaden z właścicieli nie próbuje strofować swego podopiecznego. Rytuał rządzi się własnymi, obojętnymi na kulturową hierarchię, prawami.

W końcu melodia kościelna cichnie i zanika w psim chórze. Psia pieśń również rychło dogorywa. Za chwilę znowu słychać słychać wiatr i quady w oddali. Tuliszków gaśnie.

I nagle ciszę zabija pojedynczy, cienki psi głos. Nieszczęsne zwierze, prawdopodobnie dopiero wypuszczone z domu, szczeka spóźnione ile sił w cherlawych psich płucach, nerwowym kaszlem wielbiąc.

Czy jest już dla niego za późno? Czy ktoś je wysłucha?

Ono też pragnie do nieba.

Dodaj komentarz