Walentynki we Wrześni i bułki

 

Moja dziewczyna pochodzi z niewielkiej miejscowości o ciasnej zabudowie i kanciastych zakrętach, ulokowanej w pobliżu Konina. Zaplanowaliśmy w walentynki pojechać do jej domu rodzinnego popatrzeć, jak wielki pies rodzinny biega za rzuconym kijem i wącha rozetkową świnkę morską.

Pociągiem z Poznania do Konina teraz dojechać można tylko hybrydowo, to znaczy z przesiadką na autobus we Wrześni. Pazerne na kwit i zamknięte na próby otwarcia drzwi do toalety na wrzesińskim dworcu sprawiły, że wraz z O. nie zdążyliśmy na autobus i zmuszeni byliśmy do przeczekania trzech bożych godzin w mieście na tyle dużym, by wiązać z nim nadzieje i na tyle małym, by nic z tego nie wynikło.

Było wpół do dziesiątej, było szaro, chłodno, było przedpołudnie i czasu aż nadmiar, toteż zdecydowaliśmy się przespacerować po mieście, mimo wczesnej pory odwiedzić modne wrzesińskie klubokawiarnie, chłonąć lokalny koloryt. Jak flanere obserwować i lamentować na temat zaobserwowanego.

Przy przysadzistym dworcu mienią się szarością piękne apartamentowce z widokiem na ściernisko. Nieopodal, na ogrodzonych placach, robotnicy pomarańczowi, jak raperzy przed rokiem, kopią doły, a później je zasypują. Może jeszcze rapują. Obok wąskim strumieniem przepływa rzeczka Wrzesinka, w której próbuje utopić się kaczka. W oddali widnieje na rzece mostek, zawalony ciężkim sprzętem jak ostatni most na Renie.

Na bliskim dworca rondzie wykonujemy okrążenie kontrolne i kierujemy się w stronę centrum, podążając niespiesznie wzdłuż ulicy nazwanej imieniem Wielkiego Polaka. Wyglądając kawiarni lub otwartej restauracji mijamy sklepy z mięsami o przykurzonych szybach, sklepy z alkoholem i mięsami, mijamy galerię handlową, w środku czarną jak płuca i smutną jak diagnoza, a także neogotycki ratusz, pasujący do reszty zabudowy jak kula do głowy. Co krok szyldy: adwokat, pomoc prawna. Ale komu pomagać, skoro ludzie tu nie oskarżeni, tylko na Wrześnię skazani…

Jeśli małe miasta mają swoją magię, to we Wrześni czary były zawzięcie zwalczane.

Jest zimno, jest ponuro i pustawo, jest Września i przytłoczenie szarością, nachodzi nas ochota na odrobinę luksusu, na dobre bułki. Takie zrobione, przepłacone, sweet corpo dreams. Poprosiłbym o nie z wielkopolskim zaśpiewem, o te walentynkowe kanapki. Lecz choćbyś chciał, to nie wiesz gdzie takie dobro we Wrześni dostać, bo oprócz mięsarni, jedynie cukiernie i lodziarnie pojawiały się na naszej dalszej drodze. Września cukrem i mięsami stoi. To miasto pachnie jak szneki i salcesony.

Na horyzoncie wyobraźni majaczy nadzieja. Majaczy deptak. Skręcamy zatem w deptak. Boże, jak się cieszymy, mamy wprost ochotę go zadeptać. Przecież jak człowiek się z rana nadepta, to zaraz robi się głodny, dlatego przy deptakach tak często otwierają się piekarnie i inne bułkownie. Niestety na deptaku natykamy się na nic, albo na przybytki słodkości, albo na banki. Jest też poczta, ale nie mam akurat co wysyłać i komu.

Przemierzam deptak wpatrując się w witryny. Jak flaner. Jak Baudelaire. Baudelaire we Wrześni w walentynki. Chlupiąc po plusze myślę o wszystkich nowoczesnych miastach, w których chodniki posypuje się solą. Myślę o Wrześni, sypialni Poznania, myślę o tych wszystkich mieszkańcach sypialni, których dręczą koszmary.

Na środku deptaku kiosk. Wokół kiosku radośni ludzie. Życie kulturalne miasta toczy się wokół kiosku na deptaku. Nagłówki gazet i barwne zdjęcia krzyczą o świecie jak z filmu.

Wkrótce kończy się strefa piesza, kończy się pewnie świat i można spaść, gdyby iść dalej. Nie należę do ryzykantów. Wchodzimy do przypadkowej cukierni na kawę, by przy kawie rozmawiać o bułkach i lamentować. Kawę przed południem można wypić tu chyba tylko w cukierni. W cukierni, oczywiście, można zjeść tylko na słodko. Ludzie tutaj faszerowani są cukrem. Cukier usypia ich rewolucyjność, uzależnia od słodyczy prowincji.

A może to wyraz patriotyzmu. Wszak 1 września 1939 nalot niemiecki zburzyły cukrownię. Zbombardowali też węzeł kolejowy, przez to z Wrześni do Konina jeździ się pociągiem w formie autobusu.

Siadamy przy stoliku z wielką cukiernicą i zamawiamy dwie kawy. Po chwili podchodzę do sąsiedniego stolika i pytam mężczyznę o wyglądzie znawcy, gdzie można zjeść na słono. On niechętnie odrywa się od ciasta ze śmietaną i cukrem i oznajmia, że soli w mieście brak, od kiedy powstała autostrada E30, łącząca Nowy Jork z Szanghajem, czy jakoś tak. Handlarze soli w drodze do Chin nie zatrzymują się już na targu we Wrześni. Ze względów ekonomicznych, nie chodzi o uprzedzenia .

Mężczyzna wraca do ciasta, ja wracam do ukochanej, piję kawę latte karate, zatapiam się w telefonie. Szukamy z dziewczyną miejsc we Wrześni, w których można, Dobry Panie, zjeść śniadanie. Google sugeruje jakąś indyjską knajpę, indyjska cebula 40 zł za krążek. Ja się jednym krążkiem nie najem. A na więcej mnie nie stać.

Znaleźliśmy wreszcie namiar na lokal kuszący widmem śniadań. Opuszczamy cukiernię, depczemy deptak, zanurzamy się w Fabryczną, tak bardzo pragniemy jeść, lecz nie kebaba ani jakieś yumy pudjaby, łakniemy tradycyjnego, wielkopolskiego śniadania z drogiej bułki. Czuję, że zwalniam kroku, z głodu tracę poczytalność, w głowie skwierczą mi egzotyczne yumy pudjaby, drwi ze mnie perła wielkopolskiego orientu, mijamy sklepy z dresami, w nich jumy, podjeby…

W końcu przecinamy małe rondo, jak dla konia w kieracie, i wpadamy na parking jak z paryskiego żurnala. Dostrzegamy naszą kawiarnię. Przechodzimy na drugą stronę ulicy w miejscu do tego nie przeznaczonym, straż miejska chce strzelać, ale ja dworuję z nich, dworuję w myślach z wielkopolskim zaśpiewem, bo inaczej się wstydzę, kpię, że co to za straż miejska bez halabard, nawet mi ich nie żal.

Po chwili otwieramy drzwi lokalu typu nastrojowe niewykończenie, klimatyczne zużycie, lokalu o motywie przewodnim kaczki.

W kawiarence są walentynki, gniazdka z prądem, świece, jest herbata. Nie ma bułeczek. Jest środa popielcowa i Świętego Walentego zarazem, ja jestem natomiast postępowym-konserwatystą, posypuję zatem głowę płatkami róży…

Z żalem myślę o tych wszystkich wspaniałych miastach na szlakach handlowych, z którymi brutalnie obeszła się Historia. Myślę o dumnej Kartaginie, którą przynajmniej posypano solą…

Dodaj komentarz