Seans z Ojczą

Zgodnie z pragnieniem mojego ojca, zwanego pieszczotliwie Ojczą, w wieczór pierwszomajowy obejrzeliśmy wspólnie „Gwiezdne Wojny: Ostatnie Yeti”.

Na ekranie Rey włóczy się z patykiem w ręku po kamlotach na jakiejś Wyspie Owczej z dziwolągami zamiast owiec.

– Co ta za baba? – pyta Ojcza.
– Rey – odpowiadam.
Ojcza wie, że Yeti to choroba dziedziczna.
-– Kto jest jej ojcem? – pyta zatem.
– Rej – odpowiadam.
– Mikołaj Rej? – pyta Ojcza.– Nie może być…
-– Może, a nawet musi, ojcze – wyjaśniam.

Na ekranie pojawia się zdziadziały Luke Skywalker, wyszedł z gawry, mieszka na tejże wyspie, żywi się kamieniami i westchnieniami.

-–To jest jej ojciec? – pyta mój ojciec.
– Nie, ojcze. On nie ma córki.
– Kochanowski?

Film trwał dwie i pół godziny, po wszystkim czułem się starszy o dobre sześć.

Dodaj komentarz