Na Jeżycach po mleczko

Opuszczam jedno ze swych mieszkań na Jeżycach, aby kupić kotu mleczko. Idę krokiem zdecydowanym, bo trzeba na Jeżycach twardo stąpać po ziemi, ale uważnie, gdyż chodniki zajebane gównem.

Stereotypy są krzywdzące, dlatego czuję nieustanny ból. Wszędzie Karyny, z tatuażami od kalki, z brwiami budzącymi moralny niepokój, z twarzami spalonymi jak blanciki, mordeczko. Czemu one mają, Karyny te, miny jak ludobójstwo? A jak nie Karyny, to te ich chłopy w koszulkach wiadomej drużyny, łażą bez przyczyny. I co rusz któryś wdepnie i rozniesie.

A ja piękny, wykształcony, z e-paplaczem w gębie ich mijam i mijam nieczystości. I czuję to wyraźnie. A co czuję? O, mikroklimacik, Drogie Jeżyki, chłonę sobą całym. Podziwiam architekturę. O, tu tak ładnie odnowili. O, tutaj nowy bloczek na ulicy Kurwy Nędzy. Wejdź, Jeżyku, w bramę nęcącą świeżością. Zobaczysz przytulne podwóreczko, tarasiki na grylle i wieszanie gaci, rezerwat odgrodzony murkiem od patointerioru, a za murkiem, kurwa, ósmy świat, fawele, miasto‘44 A.D 2018. Rzuć dzieciorom kamień do zabawy, sprawisz im najwspanialszy prezent.

No ale idźmy lepiej do tego sklepu po mleczko. Ach, te alternatywne knajpy, pięknie wkomponowane w patusiarską estetykę. Przed jedną z nich, na skrzynkach po Fritz-koli, siedzą zawsze trzej identyczni goście z modnymi wąsami, podobni do siebie tak bardzo, że oni sami nie wiedzą, który jest który. Ale to nic, bo siedzą i jest luz, tak sobie czilują w kulturalnym sercu Poznania.

Zbijam pionę, chwalę wąsaczy, każe nierobom wracać do pracy.

W ogóle te skrzyneczki Fritz-koli to wizytówka miasta. Wyjebać koziołki i niech się skrzyneczki napierdalają na więży poznańskiego ratusza. Przed każdym lokalem z klimacikiem najebane tych skrzyneczek do czilałciku, na skrzyneczkach studentki w różowych czapeczkach Nike i koszulkach Levisa czilałtują. Albo typy w Adidasach, tfu, teraz już Championach, albo polówkach Ralpha z kijem na koniu, lazy day sobie spędzają. Na skrzyneczkach, jak magazynierzy na fajrancie, oddychają klimatem i wszechobecnymi, naściennymi oraz pokątnymi, sikami.

Mijam przystanek, na przystanku stoją gopniki, wąskotwarze, chudoryjce, kwiat młodzieży poznańskiej, tak se stoją i plują. Arystokraci ducha z puszkami Monstera czy innego energetyka w żylastych łapach. Sportowo, ale z klasą – upamiętniają na swych koszulkach Powstanie Wielkopolskie i Czerwiec’56. Ja na koszulce mam pomarańczową małpę z lasów Borneo. Ja zawsze czułem, że jestem trochę inny, że ja tak po prostu może widzę więcej, może czuję więcej, nwm.

Zbijam pionę ze skurwysynami. Braci się nie traci, mordziaci.

A tu zaraz kolejne kuriozum. Na skrawku trawnika przed sklepem psia toaleta. W psiej toalecie bawią się dzieci. Na czilu się bawią. Jezu Chryste, jakie to mikroklimatyczne. Ile tych dzieci. Zwracają się do siebie po numerach. Tak już jest w rodzinach wielodzietnych, dzieci się nie chrzci, a numeruje. W jeżyckich rodzinach dzieci spędzają wakacje na półkoloniach w psich toaletach.

Przed wejściem do sklepu zatrzymuje mnie styrany Ukrainiec. Zasypuje mnie słowami, z których nie rozumiem ani jednego.

– Po mleko idę – tłumaczę. – Mleku dla koticzka. On malczik.
– A idi ty po mleku! – rzuca zrezygnowany i odchodzi.

Żabkę wypełnia patusiarski, wielkopolski zaśpiew, okrutna nuta marginesu. Aż mnie skręca z entuzjazmu, takie to autentyczne. Gwarą wielkopolską zachwycają się studenci, siedząc na skrzynkach Fritz-Koli. Ogółem zależność wygląda tak, że im więcej słyszysz „tej” i „czy” zamiast „trzy” z ust autochtona, tym większe pato.

Biorę mleko w kartonie eko. I takie male herbatniczki.

– Czy dwadzieścia – słyszę przy kasie
– Czy co? – droczę się.
– Czy dwadzieścia – odpowiada dziewczyna protomemiczna, pierwowzór postaci znanej jako „żabka starter pack”.
– Czy co? – powtarzam na totalnej, literacką polszczyzną, którą władam.
– Czy dwajeścia…

I tak mógłbym ciągnąc zabawę do 23.00, gdyby nie to, że kotek w jednym z moich jeżyckich mieszkań czeka na mleczko, no i dlatego, że po Jeżycach niebezpiecznie łazić po zmroku, żeby nie wdepnąć w rozdeptane, rozmazane, rozniesione paskudztwo.

Wracam do siebie, nadal piękny, z podziwem patrzę, jak luje szczają do kontenerów na odpady budowlane, baby w szlafrokach grzebią po śmietnikach w poszukiwaniu butelek, żule w umeblowanej przestrzeni międzyśmietnikowej rozpijają denaturat, gnoje rzucają czereśniami w ściany i się cieszą. Półnagi pener wychyla się balkonu i woła kota Bubu. Bubu, ty chuju, tak on woła, z miłością do kota. Bubu nie wracaj, to podstęp, zaklinam zwierzę w myślach.

– Chcesz mleczka? – pytam swego kotka w jednym z mikroklimatycznych mikromieszkanek.

A on odpowiada, że stracił apetyt. Niestety.

Dodaj komentarz