Elegia o Jatomi Fitness

I

Po dziewięciu latach Pure Jatomi Fitness znika z Polski i tego świata.

W trakcie wojaży po Polsce odwiedziłem kilka klubów w tym schyłkowym dla firmy okresie. Doświadczenie przygnębiające. Fitnesiacki amerykański sen kończy się polską plajtą.

Pobojowisko. W jednym klubie sprzęty rozwalone, maszyny nieznanego mi przeznaczenia rozbite, powykręcane, wiją się na podłodze niczym metaliczne węże smutnego diabła. Gdzie indziej służące do pielęgnowania własnej próżności lustro pęknięte w stu miejscach, sklejone niebieskim przylepcem. Z klimatyzacji na upocone czoła siąpi lekki deszcz. W toalecie pisuary zalepione gumami. W toalecie groźni ludzi dyskutują o poważnych sprawach. Pojemniki na mydło pod prysznicami albo puste, albo połamane.

Powszechna demoralizacja. Nikt już nie odkłada hantli na swoje miejsce, nikt nie ściąga obciążeń ze sztang. Taktyka spalonej ziemi, taktyka zagraconej siłowni. Koszmar dla tych, którzy niebawem zagarną dumne niegdyś bastiony Jatomi. Będą musieli odgruzowywać. Po Jatomi zostanie talerz na talerzu.

Na recepcji odżywki i gadżety przecenione o kilkadziesiąt procent. Recepcjonistki, w zależności od wytycznych, w fazie wypierania klęski, bądź wspierania przegranych. Coraz więcej osób nie fatyguje się i zostawia identyfikatory w domach. Chociaż wcześniej za wyrobienie nowych opasek, umożliwiających korzystanie z dobrodziejstw klubu, trzeba było słono płacić, teraz opaski i karty zastępcze rozdawane są bez prośby o zastaw. Wśród darowizn często trafiają się kenkarty po byłych klubowiczach, zastąpione przed laty przez bio- i niebiometryczne opaski. Karty te są jak nieśmiertelniki. Najczęściej przetarte w wielu miejscach, niekiedy można z nich nadal odczytać nazwiska i adresy poprzednich użytkowników. Tak zwanych martwych dusz fitnesiactwa.

Dla niektórych osiłków Jatomi stało się symbolem, fitnesiackimi Termopilami. Ci pompują do końca, jakby im kto powiedział, że jeśli podniosą wszystko, to będzie San Franciso. Większość członków klubu przepełnia jednak świadomość beznadziei dalszej walki. Częściej niż zazwyczaj odrywają się od ciężarów oraz maszyn i dyskutują, zgadzając się w końcu, że do tego musiało dojść. Okazuje się, że każdy wiedział, że tak się to skończy. Każdy spojrzał na to z punktu widzenia biegłego ekonomisty.

Klubowicze zmienieni wewnętrznie, czym promieniują na zewnątrz. W jednym z dobrze znanych mi klubów Dziadu, który zwykł mnie poprawiać przy najprostszym ćwiczeniu, teraz nie koryguje, sam popełnia błędy. Gość, który wygląda jak niegrzeczny Marek Niedźwiecki, rozgrzewa się i idzie do domu. Najwięksi tucznicy-ulicznicy, dumnie zasiadający w szatniach powyżej pasa na golasa, nietypowo odpowiadają na powitania zdechlaków wchodzących do przebieralni. Są zapobiegawczo uprzejmi, jakby z obawy, że po przegranej wojnie czeka ich surowy trybunał. Fitnessjugend, młodociani atleci, których przygoda z klubem skończyła się, zanim na dobre się rozpoczęła, w osłupieniu kontemplują fakt, że to już finisz nierównej walki z grawitacją.

W niewielkich „rodzinnych” klubach, klęska wygląda znośniej, bo w rodzinie porażki się wybacza. Pomaga się przejść na drugą stronę. W mym macierzystym klubie odbyła się celebracja ostatków. Baloniki, darmowe szejki proteinowe i ciasto. Tak jakby urodziny, tyle że uśmierciny klubu. Dobranoc, słodki książę. Gaśnij spokojnie.

W dużych klubach nieznośna atmosfera roszczeniowa, w powietrzu krąży słowo „zdrada”, klubowicze powtarzają, że pracownicy uciekli od odpowiedzialności, zrejterowali jak rząd do Rumunii, uciekli jak Izraelici z Egiptu. Strach, czaisz, że klub zamkną i zamurują bez zapowiedzi. Z ludźmi w środku.

Wszędzie muzyka gatunku łubu-dubu gra do końca, jak orkiestra na Titanicu.

II Postfitnesizm

„Koniec Jatomi Fitness”, „Jatomi Fitness w likwidacji”, szokowały nagłówki artykułów w internecie już na początku stycznia. Jatomi jednak do tej pory nie wystosowało w tej sprawie oficjalnego komunikatu. Na leżącym odłogiem fanpage’u sieci rozkwitła specyficzna forma zerojedynkowego życia. Prym wiodą tam fitnesiackie boty – udzielające się pod postami fake-konta. Boty tworzą dziarską wspólnotę komunikacyjną. Uprzejmie komentują swoje odpowiedzi pod postami, rozmawiają też ze zdruzgotanymi crossfitterami i kalistenikami. To pełnoprawna cywilizacja, to postfintesizm.

Pod ostatnim ludzkim postem na oficjalnym fanpage’u marki toczą się urocze bocie small talki. „Love the fanpage” – oznajmia wylewnie zrzeszający sześćdziesięciu fanów page Vituwian Wellbeing. Komentarz polubiły trzy fake-konta. Tenże komentarz bota skomentowany jest przez kolejne fitnesiackie boty. Incepcja fitnesiactwa. „Wow! That was a insightful comment!” – unosi się fanpage, który zapewnia, że zmieni w twoim otyłym, nieszczęśliwym życiu dosłownie wszystko. „Kiedy znikną kluby w mieście X?” – pyta jeden z humanoidalnych użytkowników portalu. „Yes, indeed” odpowiada bot, oferujący zarobki rzędu kilkuset dolarów za jedną nicnierobieniogodzinę. „Awesome” – zachwyca się profil promujący hart ciała oraz grafiki ze stocku.

Ale bywa i tak, że fitnesiackie boty odnoszą się do ludzi z niespodziewanym, karygodnym brakiem szacunku. Pewien klubowicz opisał w komentarzu wstrząsającą sytuację, podczas której padł ofiarą nieprofesjonalnego i niekulturalnego zachowania ze strony menadżerki jednego z klubów. Być może człowiek ten długo walczył z nieśmiałością, zanim podzielił się ze światem wstrząsającym wyznaniem. Być może to jedna z ważniejszych wypowiedzi w jego życiu. Być może… „Agreed, cool info” – zareagował cyniczny Kakooz, bot-fanpage naprawdę nie wiadomo czego dotyczący.

Albo kiedy na tym cmentarzu ludzkich marzeń o tężyźnie fizycznej i atrakcyjności erotycznej, na tym gruzowisku ludzkich nadziei na biologiczną doskonałość, na tym fanpage’u nieszczęsnym zasypanym wściekłymi pytaniami o to, co dalej z lokalami, ćwiczeniami, zakwasami, zwichnięciami i pęcherzami, co dalej z nam, fitnesiakami, odzywa się nonszalancko bot łotrzykowski Fit Nation Club, z niestosownym, uwłaczającym pytaniem do nas skierowanym: „Love getting sweaty – you?”, wtedy już wiesz, że sztuczna fitness-inteligencja gardzi nami, naszymi typowo ludzkimi, wstydliwymi właściwościami.

Jatomi fitness po wielu latach znika z Polski i całego świata. Nas, jeszcze nie tak dawno niepokonanych, stękających z wycieńczenia, gorejących z przedźwigania, cierpiących na zapalenie wątroby po osiemnastu zbilansowanych posiłkach dziennie, fitnesiaków, wyrugowały sterylne, błyskotliwe, wynaturzone boty.

Gloria victis.

Dodaj komentarz