ACODIN I WŚCIEKŁE, KURWA, PSY

 

Urządziłeś się, kolego, i nabawiłeś kaszlu suchego jak wiatr pustynny, od którego płuca krwawią do otrzewnej i oczy wypadają na bruk. Szczekając paskudnie jak pies skurwysyn, wielbiciel nóg, kierujesz się, przyjacielu, do apteki na rogu ulicy. Nie masz większego wyboru – leki na kaszel suchy dzielą się zasadniczo na te z kodeiną, po której dzieci-śmieci zaczynają rapować, oraz te z dekstometorfanem, po których te same narkopacholęta, skulone w szafce na buty, rozmawiają z Bogiem o generale Jaruzelskim. Jako że po kodeinie dostajesz starczej czkawki, jedynym dla ciebie rozwiązaniem, ubogi kolego, jest kupno dekstromózgojebitnego Acodinu.

Ty dobrze wiesz, że nie ma nic bardziej poniżającego dla młodego dorosłego od kupna Acodinu. Te spojrzenia pełne pogardy, zakładające, że ewidentnie coś poszło nie tak. Szkoła specjalna? Niebierzmowane toto? Gaz w zapalniczce się skończył? Aptekarskie legendy głoszą, że ktoś kiedyś kupił Acodin i stosował go zgodnie z przeznaczeniem oraz rozpisanym w ulotce dawkowaniem. Ale nikt w te legendy nie wierzy.

Przez całą drogę do apteki myślisz tylko o tym, żeby zaprezentować się w miarę normalnie. Jak człowiek-pies z kaszlem, nie jak narkospierdolix. I im bardziej się starasz, tym większa jest szansa, że to wszystko jebnie.

Jesteś pod apteką. Bierzesz głęboki oddech, w oskrzelach, czy chuj wie gdzie, czujesz już powarkiwanie wewnętrznego jurnego kundla. Zakładasz na przekrwioną papę uśmiech, wkraczasz do środka. Jesteście sami. Ty i farmaceutka. Na mózg ci, przyjacielu, ze strachu przed opieką społeczną, pada. Ulegasz zaćpaniu fantomowemu. Od dekstro domniemanego. Słyszysz, jak z twojego zdartego jak pięści Rafatusa gardła wydobywa się stłumione

– Dziękuję.

Dziękuje. Zamiast dzień dobry. No kurwa, falstart. Jak mogłeś tak koncertowo wszystko zjebać. Zbiera ci się na wylew.

Farmaceutka widzi już, że to jeden z kolegów po chemicznej trepanacji czaszki, więc beż śladu zakłopotania odpowiada:

– Proszę.

Próbujesz zachować resztki godności, nie wycofujesz się. Podchodzisz do kasy, potykasz się o jakiś stolik z maziajmi dla bachorów, później o automat z wodą, zaczynasz szczekać jak wściekły burek z przerzutami piany do pnia mózgu. Nie poprosisz o Acodin. Tego jesteś pewien. Przecież baba zaraz pójdzie na zaplecze, zadzwoni na policję, szkieły zawloką cię, spałowanego po nerach, do Monaru. Albo do domu dziecka.

Gorączkowo spoglądasz na regał z kartonikami i buteleczkami, na którym stoi tabliczka: „Na chore gardełko I kaszelek.” Kaszelek, kurwa, elemelek, kto tworzy te opisy i czy komuś za to płacą? Podajesz farmaceutce nazwę randomowego syropu. Masz nadzieję, że nie jest to dodatkowo jeden z licznych preparatów na poprawę erekcji, bo teraz to już nigdy nie wiadomo..

– Na pewno? – pyta aptekarka, zdając sobie sprawę, że po tym, co masz zamiar nabyć, rychło wylądujesz w schronisku. Ale ty szczekasz na nią zawzięcie, kobieta odsuwa się, bo boi się, że ją upierdolisz.

Kupujesz wykrztuśny Mucoflegman. Nie podziękujesz nawet, bo to już się rzekło na wstępie. Nie masz zatem już nic więcej do powiedzenia. Odwracasz się, by czym prędzej opuścić aptekę. Farmaceutka ma jednak dzień dobroci dla zwierząt.

– Ja też panu dziękuję – mówi wprost w twoje plecy.

Wychodzisz.

Na osiedlu wszystkie koty uciekają do śmietników. Na klatce schodowej szczekasz na starą sąsiadkę, ta wpada w stan przedzawałowy, i szczekasz na administratora kamienicy. Ten najchętniej by cię uśpił. W mieszkaniu szczekasz na matkę, ta mówi, że kiedyś młodzież była lepsza. I idzie w miasto po tabletki na odrobaczenie. Siadasz przy stole w kuchni, na blacie stawiasz buteleczkę syropu. Włączasz z telefonu jakieś jutubowe śmieszne, kurwa, pieseczki, żeby, jak co, nie było na ciebie.

Wpatrując się w jebany Mucoflegman wykrztuśny czekasz, aż za sprawą starożytnej alchemii organizmu kaszel suchy przemieni się w mokry. Mokry jak twoje łzy.

Dodaj komentarz