Wszystko, co warto

W pociągach widziałem już chyba wszystko, a na pewno wszystko, co w życiu zobaczyć warto.

Widziałem kobietę w średnim wieku uwięzioną w hermetycznej śluzie między wagonami, limbie kolei, złapaną w zamkniętym rozdziale życia, ponieważ drzwi między wagonami były automatyczne, co znaczy, że automatycznie się zamykały, lecz ani automatycznie, ani manualnie nie sposób było ich otworzyć;

widziałem otyłego gościa, który odwiedził toaletę, ale nigdy z nie wyszedł, bo drzwi od kibla zastawili mu wózkami, ludźmi, siatami z porami, i gościu krzyczał jak zarzynany, żeby go wypuścić, ale siat z ziemniakami, wózków z blachami, ludźmi z tobołami przybywało, drzwi zastawiało;

widziałem też półnagiego mężczyznę leżącego na karimacie na korytarzu, mężczyznę tak owłosionego, że choćbyś chciał się do niego zwrócić, to nie wiesz, w którą stronę mówić i którędy do niego dotrzeć, i gdyby mężczyzna ten zaczął wydawać odgłosy, rzekłbyś, że słyszysz włosy;

widziałem ubogie dzieci, pacholęta, które w tak zwanym międzyprzedziale lepiły bałwana, bo drzwi na zewnątrz pociągu były otwarte i śniegu zawiewało do środka z tak zwanego przytorza.

A bywało również tak, że niczego nie widziałem. Pewnego razu, późnym styczniowym wieczorem, pociąg zatrzymał się na terenie nienaniesionym na mapy, zgasł na wszelkie sposoby, a we wnętrzu zapadł chłodny mrok. Czekaliśmy w zniecierpliwieniu na nadejście tego, który odzieli światło od ciemności. I zjawił się. Przemierzający korytarz konduktor oznajmił, że co prawda możemy jechać dalej, ale tylko w ciemnościach, a zapytany dlaczego, rzekł, że tak czasami się zdarza i nie ma na ten temat ochoty dyskutować. Więc do wyboru mieliśmy jedynie dynamiczny mrok lub statyczną światłość i szybko zgodziliśmy się na tę drugą możliwość, mając na uwadze, że zaciemnienie mogło nas uchronić przed ewentualnym bombardowaniem.

Lecz wszystkie te perypetie wydają się niczym w porównaniu z kolejną sytuacją której stałem się mimowolnym uczestnikiem. Była to istną perła w koronie trakcyjnej. W wagonie bezprzedziałowym natknąłem się na chłopaka, który z nieznanych nikomu przyczyn wymyślił sobie współtowarzyszy podróży, tylko po to, by ich upokarzać, kusić jedzeniem, które nie miało być im dane. Mężczyzna wyglądał jak podróżnik w czasie, jak przybysz z dawnego hip-hopu, gdy wszystko było za duże i mordeczkowe. Na siedzeniu obok niego leżała termiczna torba ze znanego dyskontu, wyglądała na wypchaną prowiantem. Chłopak co jakiś czas wsadzał rękę do torby, mieszał, szeleścił i zwracał się do swoich znajomych nie inaczej niż: „O taką mam bułeczkę, ale nie dla Werki, Werka nie może jeść masła, bo się spasła”, albo: „O, Maras, zaraz sobie pojem, ale ty nie bardzo, a co, może jeszcze herbatkę do tego byś chciał?”

Ten człowiek ewidentnie miał problem z jedzeniem i prawdopodobnie też z mefedronem.

ONI, na siedzeniach naprzeciwko, co typowe dla nieistniejących ludzi oraz bóstw, milczeli.

Z wagonu stopniowo ubywało podróżnych Gdy zostaliśmy sami, chłopak podszedł do mnie, chociaż przekonany byłem, że nie biorę udziału w projekcji jego osobistego wszechświata. Zapytał:

– Czy ty też jesteś wytworem mojej wyobraźni?
– Naturalnie – odparłem.
– Pojebany jesteś, ale cię lubię – oznajmił z uśmiechem. – Powiedzieć ci coś w sekrecie?

Poprosiłem, żeby raczej oddalił ode mnie ten kielich.

– To słuchaj… – zerknął ukradkiem w stronę swych towarzyszy i kontynuował szeptem – ja tych bułek nie mam, nie zrobiłem, czaisz kurwa? Oni myślą… no co, chujów sto, nie zrobiłem…

– Tak właśnie przypuszczałem, wulgarny przyjacielu – odparłem tylko.

Zaprawdę, w pociągach widziałem wszystko, co w życiu zobaczyć warto, przeżyłem więcej, niż jedno życie.

Dodaj komentarz