Młoda polska proza

Zapragnąłem ostatnio zostać mężczyzną, toteż zapisałem się do klubu walki wręcz, prowadzonego przez najdoskonalszego zawodnika najsłynniejszej polskiej organizacji od bicia się po twarzy w samych gaciach.

Gdy wkroczyłem do pachnącej potem i męską przygodą sali treningowej, dostrzegłem stojącego na ringu pośrodku pomieszczenia gustownie ubranego człowieka z przewieszoną przez ramię kurteczką. Mężczyzna opierał się o linki, na twarz o zaciętym wyrazie opadał mu kosmyk zadbanych włosów.

– To je krótczi, to je dłëdżi, to kaszëbskô stolëca – odezwał się gospodarz sali. – To są basë, to są skrzëpczi, to òznôczô Kaszëba… – kontynuował.
– Nie wiem – odpowiedziałem zbity z tropu.

Znałem ja tę osobistość. Lecz skąd? Czy to student ostatniego roku na moim wydziale? Błyskotliwy doktorant? Czy to chłopak, który zgarniał wszystkie ECTS-y? Ten szyk, ta maniera… klasa… to przenikliwe spojrzenie, zdradzające niekwestionowanego mistrza detalu…

– Szczepan Twardoch? – zapytałem zdumiony. – Miałem nadzieję pobierać nauki u Mameda Chalidowa, jednakże…
– Jo, robok malućki, głos wznosza do nieba, że sprawiedliwości wiyncyj nom potrzeba. – odparł zagadkowo literat.

Słowa te wprowadziły mnie w wielkie zakłopotanie. Przypuszczałem, że były to tajemne formuły kodeksu bushido, który to nierozerwalnie wiąże się z filozofią walki uznanego twórcy. Twórcy, który nieustannie zadziwia i zachwyca. Twórcy, wszystkim innym pisarzom mógłby nastukać w puste dzbany, gdyby tylko chciał.

Skonsternowany, podjąłem ważki temat:
– Szanowny panie, przyszedłem na trening sztuki walki za pomocą tężyzny fizycznej oraz charakteru.

Znany polski pisarz ocenił mnie wzrokiem, poprawił lwią grzywę, prychnął, fuknął i ozwał się:
– Ryb nachytać umiysz, połazisz po wodzie, cudow pora dziwnych, zawdy mosz w odwodzie…
– No nie wiem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Odniosłem wrażenie, że zanany śląski pisarz stroi sobie ze mnie żarty.

Mistrz mruknął coś jak: mane, tekel, fares i drapieżnym ruchem dłoni zaprosił mnie na ring. Z trudem przecisnąłem się między linami, po czym ustawiłem się w rogu, plecami do narożnika. Drżałem z radosnego podniecenia.

A on tylko odrzucił kurteczkę, zacisnął pięści przy twarzy i zaczął swój genialny pokaz, którego namiastkę znałem już z krótkich nagrań znalezionych w internecie. Jednak tym razem to, co zaprezentował mi literat, przechodziło ludzkie pojęcie. Każdy jego ruch był wyważony, subtelny i śmiertelny zarazem. Nie było to karate, boks, MMA ani Matrix Rewolucje. Przypominało to raczej bojowy taniec dumnego samca kazuara, doskonałego nielota z tropikalnych lasów Nowej Gwinei. Lecz było w tym wszystkim również coś nieczystego, postindustrialnego,
zdradzającego faktyczne pochodzenie tej mrocznej dyscypliny. Patrzyłem w osłupieniu na ruchy mistrza. Patrzyłem, jak autor Wiecznego Grunwaldu masakruje bezradnego przeciwnika w bezlitosnej walce z cieniem. Jakiś czas później dowiedziałem się, że sztuką tą była tak zwana ślunska krav maga.

Gdy mistrz skończył swój mały-wielki pokaz,na powrót oparł się o liny i spojrzał na mnie wzrokiem, od którego uginały się moje kolana. Wtedy też rzekł:

– A więc przychodzisz na trening. Jesteś, jesteśmy na treningu. Pot. Pocisz się, dyszysz, ja się pocę. Poci się. Zakładam rękawice, zakłada, rękawice są zakładane. Pocierasz nimi, pocieram…
– Trze pan, Twardoch? – no musiałem, cholera jasna, musiałem zapytać, chociaż to przecież głupie.
– … stoi w narożniku, patrzę jak stoisz, patrzysz jak patrzę, zaraz będzie walczył… – dodał.

Niczego w życiu nie lękam się tak jak dziwnych form narracji, dlatego pragnąc zmienić literata tryb wypowiedzi, oznajmiłem literatowi, że w tym co pokazał, w tym teatrzyku było coś dostojnego i zwierzęcego zarazem. Na co on tylko uśmiechnął się, uśmiecha się, patrzę na uśmiech, i powiedział do mnie, tym razem po polsku, jak do debila:

– Słyszałeś, że taki słoń to potrafi nosorożca…,
Gorzej, czytałem.
– Nie kończ, fater – zdążyłem w czas przerwać, czując, jak cały się rumienię…

Znany śląski pisarz coś tam burknął, mane, tekel, fares, zeskoczył z ringu i płynnie pocwałował bokiem w stronę szatni. A jak on cwałował, bokiem tym, słuchajcie, jak krab jakiś, ale krab niezwykły, jak król kokosowej wyspy. W rytmicznych wydechach powtarzał z cicha: morfinum, morfinum, morfinum…

Teraz już wiem, że tak on regulował oddech, gdyż oddech w walce najważniejszy…

Odruchowo podążyłem więc za mym mistrzem energicznym skipem A, wystrzeliwując kolana pod sam sufit, manifestując w ten oto sposób największe zaangażowanie. W chwilę później wpadłem za uznanym twórcą do szatni. Zapytałem, może zbyt śmiało, jak teraz o tym myślę, czy zostanie mym nauczycielem. Jednakże w odpowiedzi usłyszałem tylko mrożącą krew w żyłach opowieść o wielorybie, który rychło pożre nas wszystkich…

Złamany niepowodzeniem w spotach walki, postanowiłem spróbować innej formy aktywności fizycznej. Następnego dnia udałem się do pobliskiej siłowni, mordowni takiej, że jak cię ciężary nie złamią, to sufit spadnie i zabije. Byłem zdecydowany jednak dać z siebie wszystko, choćby mój pobyt w tej świątyni cielesności miał polegać na myciu talerzy bo stałych bywalcach.

Wejścia do budynku strzegła banda obszarpańców dumna ze swej nędzy. Powiedziałem „dzień dobry”, na co oni zareagowali tak, że opluli mnie wzrokiem. Przestraszony, wszedłem do środka, uważając, by nie trzasnąć drzwiami.

Podobnie jak sala w fight clubie, siłownia była opustoszała. Po podłodze walały się ciężarki, a między nieużywanymi maszynami biegały szczury i dzikie gęsi. Zajęta była jedynie ławeczka do ćwiczenia klatki piersiowej. A skoro był to poniedziałek, nie miałem wyboru innego, niż dołączyć do ćwiczącego. Gdy zbliżyłem się do dobrze zbudowanego mężczyzny odzianego w bezrękawnik w motywy animalistyczne, rozpoznałem w nim Łukasza Orbitowskiego.

– Czy mógłbym…
– Jestem poganinem – odpowiedział barczysty pisarz. – Wierzę w demony, które drzemią w nas i drzemią wszędzie ogółem… demony, zjawy, upiory… Zmarli, zmarli wśród nas…
– Warto wiedzieć, Panie Łukaszu, ale chciałem zapytać, czy możemy ćwiczyć na tej ławeczce na zmianę? – raptownie przeszedłem do rzeczy, nieco obawiając się przebudzenia złych mocy.
– Muzyka metalowa oraz demony, nie poradzę nic, że jednak demony i makabra, tak trochę mroczna dusza, no i muzyka ciężka przygrywa, metalowa – odpowiedział mi reprezentant młodej polskiej prozy. – Potwory. No i diabeł. Flaki, czerwie, martwe gołębie… Siłownia cztery razy w tygodniu… Ale czy ja się boję potworów? Czy ja boję się czytelnika? Czy wiem, czym jest strach?

Niczego w życiu nie lękałem się tak jak monologu wewnętrznego, pragnąc więc natychmiast sprowadzić rozmowę na bezpieczniejsze tory, zwróciłem uwagę na ekstrawagancki ubiór najlepiej zbudowanego laureata Paszportu Polityki

– Ładny strój w nosorożce, lubi pan nosorożce, prawda?

A ten spojrzał na mnie jakoś tak diabelnie, a jego usta wykrzywiły się w drapieżny grymasie:

– Czy słyszałeś, że nosorożce często padają ofiarami…
– Chryste panie, słyszałem, wszyscy o tym mówicie, o demonach również słyszałem, czy może pan przypomnieć, ile ma pan lat?

Jeden z polskich Stephenów Kingów coś tam burknął, trochę się napiął, wrócił do serii na ławeczce, mógłbym przysiąc, że z każdym wydechem wypluwał imię kolejnego przedwiecznego demona…

Jak łatwo się domyślić – i tym razem nic dobrego mi z tego sportu nie wyszło. Przybity pasmem porażek, zaszyłem się najbliższym centrum handlowym w sklepie sieci H&M, w koszu z przecenionym skarpetami w pomelo oraz różne inne miłe wzorki. Wyczerpany, zasnąłem w tych skarpetach, a ciepło mi było i bezpiecznie, jak u Pana Boga za piecem.

Mijały bezbarwne doby naznaczony wstydem, a ja opadałem z sił, których i tak przecież nigdy nie miałem zbyt wiele. Gdy zaczynałem już konać z odwodnienia i nadciśnienia śródczaszkowego, poczułem nagle, jak ktoś wyciąga mnie z tego kosza za wszarz. Uścisk delikatny był, ale też stanowczy. Gdy me oczy przywykły do światła, ujrzałem oblicze mego zbawcy, który wcześniej był jeno fascynującym kształtem. Mężczyzna odziany był w H&M-u najnowszą kolekcję oraz gustowną muszkę, chyba z jakiejś bereszki, czy coś. W ręku dzierżył laseczkę, którą pukał mnie w czoło, jak jakieś pogardzane zwierzę nieczyste.

– Witamy w H&M, w czym mogę pomóc, zaniedbany filistrze? – zapytał Jacek Dehnel.

Dodaj komentarz