Mały wielki człowiek

 

No i zatrzymali mnie palącego w niedozwolonym miejscu, palącego e-papierosa, a dostać za to mandat, to tak jak ściągnąć z internetu polski film i pójść do więzienia za kradzież. Niby zasłużenie, ale wstyd w cholerę, rodzicom prędzej powiesz, że pijesz heroinę i kradniesz koźlęta z zoo. No i żebym chociaż na jakiegoś komisarza Reksa trafił, kurwa mać, a nie straż miejską upodloną, co to za straż miejska bez halabard, co to za kiepskie widowisko, ja się pytam?

Stałem na kawałku bezpiecznego lądu między dwoma rwącymi pasmami ruchu drogowego, w sporej odległości od wiaty przystanku. Lało jak z cebra. Obrócony plecami do plastikowej konstrukcji, wyglądałem swego tramwaju, puszczałem nieśmiałe chmury z mojego vaporizera eco in excelsis deo 1795, ukrywając w dłoni futurystyczną baterię, tak, by ktoś postronny mógł dojść do wniosku, że to z gęby mi naturalnie paruje dym siarczysty. Ludzie wszak bardzo niechętnie podchodzą tu do przybyszów z przyszłości.

– Dzień dobry, jest pan aresztowany z powodu palenia na przystanku – usłyszałem nagle za plecami i natychmiast się odwróciłem.

Musieli wysiąść z tramwaju, który przed chwilą rozrzedził nieco zebrany w pobliżu tłum. Stali tak dwaj w identycznych pozach, pozując na jakąś gwardię szwajcarską papieża Kazimierza. Wiecie czemu oni zawsze chodzą parami? Bo jeden potrafi czytać a drugi nic nie potrafi.

– Panie dobry jak chleb – powiedziałem zaskoczony, patrząc w twarz wyższemu umundurowanemu, stopniem i wiekiem starszemu – przecież ja stoję z dziesięć metrów od przystanku, szlachetni wojowie, zapewniam was, iż nie pogwałciłem pradawnych praw Królewskiej Przystani,
– Jednak pan pogwałcił – oznajmił ten wyższy, zaciskając dłoń na pastuchu elektrycznym. – Pali pan na wyspie.
– Na wyspie to ja będę po studiach, szanowni państwo, przy pomyślnych wiatrach – zapowiedziałem humorystycznie, gdyż stereotypy zawsze zabawne.
– Pali pan na wyspie, a to niedozwolone – włączył się młodszy, trzymając dłoń na krótkofalówce, jakby korciło go, aby wezwać kawalerię powietrzną.
– Ja wiem, że napadało, wszędzie woda, panta rhei – odpowiadam żartem, próbując się wyłgać – ale że od razu na wyspie?

W spojrzeniach funkcjonariuszy dostrzegłem jednak tylko wrogość. „Chryste, czy w tym kraju obowiązuje jeszcze kara śmierci?” pomyślałem z trwogą. W kilka sekund odzyskałem jednak spokój ducha i postanowiłem wydać przeważającemu liczebnie nieprzyjacielowi walną bitwę. Nie chcieli polubownie, no to trudno, zmarnowana została ostatnia szansa dla szympansa. Zdemoralizowana straż miejska nie ma cienia szans w starciu z genialnym strategiem.

– Więc jestem odcięty na wyspie, tak? – pytam chłodno.
– Owszem – odpowiada starszy – odcięty na wyspie na morzu komunikacyjnym.
Mężczyzna wyciągnął z zapinanej kieszeni kajet.
– Proszę z nami pod wiatę, dopełnimy procedur – dodał.
– Na wyspie samotnej na oceanie łez? – kontynuuję, stojąc twardo. Nie w smak mi relokacja strategiczna.
– W punkt – odpowiada młodszy. – Będzie 50 zł, jest pan studentem, tak?
– Oj nie jaśnie panie Abrahamie, gubernatorze tego atolu – odpowiadam.
– Więc kim pan jest na tej wyspie? – pyta.
– Zakładnikiem. Bóg mi świadkiem, że pragnę ją opuścić.
– Kto pana tu zesłał? – na twarzy młodszego funkcjonariusza rodzi się zdziwienie.
– Anglicy – odpowiadam – Cholerni Anglicy z księciem Wellingtonem na czele.
– Proszę pana o dowód albo książeczkę zdrowia – mówi mundurowy. Palce drugiego wojaka zacisnęły się na rękojeści pastucha elektrycznego.
– To zbyteczne. Powiem panom, kim jestem – kontynuuje ze spokojem.
– Kim? – pyta zniecierpliwiony
– Jestem Napoleonem.

Szok. Niedowierzanie. Zwiastowanie. Idę za ciosem:

– Mam prawo zachować milczenie?
– Oj tak, bardzo proszę – odpowiada starszy, popadając w psychiczną ruinę.
– A czy mam prawo wydać oświadczenie? – dopytuję.
– Tak też można, chociaż wolelibyśmy nie – wtrącił się młodszy, tracąc rezon.
– A jednak się skuszę – odpowiadam, po czym biorę głęboki wddech i ogłaszam:
– Ludzie, słuchajcie dekretu Napoleona! – krzyczę w kierunku zebranych pod wiatą. – Zarządzam, by cebularz w sklepach sieci Carrefour kosztował jedynie złoty pięćdziesiąt dziewięć za sztukę!
– Na cud Jonasza – wyszeptał młodszy strażnik. – Kim pan do cholery jest?

Starszy nerwowo zabębnił opuszkami palców o kajet, bo za przeklinanie w miejscach publicznych też jest mandacik. Nastała chwila dramatycznego napięcia. Ludzie na wyspie wstrzymali oddechy, emeryci zaczęli mdleć z niedotlenienia, gołębie wzbiły się w przestworza, przestały dziobać kruki, wrony…

Uśmiecham się cynicznie tym uśmiechem, który doprowadza kobiety do szaleństwa.

– Powiedz, jak się nazywam – mówię do dowódcy patrolu straży miejskiej.
– Ty jesteś… – szepcze ten starszy, a jego spojrzenie oraz drżące wargi zdradzają całkowitą uległość. Jego podkomendny wykonuje kilka kroków wstecz i przetrąca sobie kręgosłup, wpadając na śmietnik, który złośliwy los i MPK umiejscowiły na jego drodze odwrotu.

Tak, to ja. Jacek Braciak.

Dodaj komentarz