Czytanie to seks

„Kto czyta, żyje – powiedział Umberto Eco. Przyznać należy, że to bardzo mocne słowa jak na trupa. Ja wiem swoje: mój dziadek łykał książki jak szlugi i zmarł, zanim miałem możliwość go poznać. Drugi w życiu czytał tylko „Dzwonnika z Notre Dame”, zupełnie przez przypadek, i do dzisiaj ma się dobrze.

A u nas ostatnimi czasy obrządek czytania klasę postinteligencji wykształcił, dla której czytanie czegokolwiek jest bardziej wartościowe niż cokolwiek innego. I ta choroba dotyka – według sondaży – 40 procent Polaków. Zresztą, żebyśmy mieli jasność, jestem tolerancyjny jak mogę, ale po co oni tak się z tym obnoszą?

Pewnego razu właśnie z biblioteki wychodziłem, gdzie obwoluty książek zmieniałem. To bardzo satysfakcjonujące zajęcia. By uczelnie zapłonęły, wystarczy takiego Sienkiewicza z Tokarczuk podmienić, ewentualnie dokonać kilku jeszcze machinacji, przygotować top chipsy cebulowe i czekać, aż ekokrytycy pojadą do puszczy, by zaangażowaną poezją uśmiercać drzewa.

I tego pięknego letniego dnia w drzwiach biblioteki natknąłem się na koleżankę, która promowała na fejsbuku literacki hedonizm. I różne takie czarno-białe obrazki wklejała gdzie popadnie. No ale ogółem nie powiem o niej złego słowa. Dobrego też jakoś nie bardzo. Zatrzymałem się więc ze względów humorystycznych. Gada ta koleżanka z dawnych lat, co ją czytelnictwo uszlachetniło, gdy studiowała śmieciologię w kontekstach makulatury, że bardzo się cieszy, że mnie tu spotkała i że jest samotna, no i że facet to musi być z książką i brodę mieć, bo nie wiem, pociera zarostem tym o papier Ecco Book Cream 70 g i wytwarza wibracje czwartej gęstości fatimskiej. I taki Żulczyk, dajmy na to, to wyłysiał od seksownych bon motów, bo tak działa testosteron. A ona właśnie czytała nowego Żulczyka i jest w inteligenckiej rui.

Oznajmiłem jej z troską, że nowy Żulczyk to wyjątkowo ciężka lektura na wakacje. Jakieś osiem kilogramów. Że to perspektywicznie bardzo ciężka skolioza. Na całe życie.

– Słuchaj mnie uważnie – podjąłem, pragnąc błyskotliwie spuentować rozmowę – czy wiedząc, iż czytanie jest seksi, i mając świadomość tego, że wielu mężczyzn traktuje książkę jako przyzwolenie, wypuściłabyś nieletnią córkę z książką do parku?

A ona na to o aborcji, czym spaliła mi żart.

Albo kiedy indziej wracałem z biblioteki, gdzie strony w najbardziej poczytnych dziełach oznaczałem swymi inicjałami, żeby skurwysyny wiedzieli, że byłem tu przed nimi. Na przystanku w pobliżu gmachu natknąłem się na znajomego, młodszego ode mnie o kilka miesięcy, wyglądającego jak starszy kumpel mojego ojca. To wielbiciel młodej polskiej prozy, czyli zgrupowania kilku czterdziestolatków, którzy odkryli sport. Dla kolegi tego liczą się tylko książki z dreszczykiem. On kocha te zakopane w lesie kobiety, odcięte w łazience ręce.

Opowiadam mu, że mam w planach coś napisać. Antykryminał. Antyszwedzki. bo Polski. Na pierwszych stronach powieści rozwiązanie zagadki, potem już tylko stopniowe obniżanie napięcia. W moim świecie powieściowym nieudolni detektywi pety będą odpalać na odwrót. I nie będą się pieprzyć po kątach, ze względu na wrodzoną wstydliwość. Mam już w głowię ostatnią scenę, w której bohater miele w gębie bułkę i szlocha, ponieważ dotkliwie przygryzł sobie wargę. Nie, nie zamierzam na tym zarobić. Zapłacę ludziom, żeby to czytali. Napiszę antydzieło. Więc równie dobrze mogę nie napisać niczego.

Wnet zamilkłem. Rozochocony kolega w najlepsze opowiadał o swojej ostatniej lekturze, chociaż wyraźnie dałem mu do zrozumienia, że obecnie jestem już zajęty – w skupieniu obserwuję, jak drzewa mchem porastają i doświadczam upływu czasu.
– Postaci tyle, że jak ktoś umiera, to nie wiesz nawet, kim był i czym się zajmował – zachwalał dzieło.
– Zupełnie jak w rodzinie – odparłem rezolutnie.

I śmialiśmy się aż do rozpuku.

 

Dodaj komentarz