Kobieta odurzona

Nienaturalna hybryda scenariusza i opowiadania

Kobiety, prochy, strzelaniny i dzikie bestie, wszystko to

pamięci nieodżałowanego Honoriusza Balzaca

  1. WIEŚ PIEKIEŁKO, BAR RABARBAR

Wiejska knajpa. Ciasne, brudne pomieszczenie, półmrok, w powietrzu pyłki kurzu, bakterie kiły i mogiły. Na ścianach izby sierpy, kosy, nadpalone flagi UE, flaga papieska i flaga Monako. Wylana betonem podłoga umoszczona siankiem ze stajenki. Przy barze kilkunastoletnia barmanka w zaawansowanej ciąży, na ladzie z drzwi od stodoły kanki z piwem. W głębi pomieszczenia białe ogrodowe stoliki i takie też krzesła. Przy jednym ze stolików, w rogu izby, czterech mężczyzn w niepranych od dekad wolnej Polski polarach. Mężczyźni przeklinają i się cieszą. Bo mogą. Z wolna popijają trunki z obtłuczonych kufli. To cieszy ich również.

Do izby, przez drzwi, a nie oknem, gdyż w oknie dykta, wchodzi szczupły mężczyzna w granatowym tiszercie z jakimś bezsensownym napisem typu Atlanta Ohio College since 1945. Mężczyźni przy stole milkną, widzą, że gość nie swój, co gorsze: pewnie jakiś student. Chłopak podchodzi do baru z pozorowaną pewnością i zamawia piwo w lokalnym języku pełnym wiejskości. Speszona barmanka dostaje skurczy wewnętrznych i wymownie porozumiewa się spojrzeniem z jednym z mężczyzn przy stoliku. Następnie podnosi z ziemi brudny kufel, nalewa przybyłemu chłopakowi wprost z kanki piwo z osą. Chłopak zagląda barmance głęboko oczy, po czym jednym haustem opróżnia naczynie. Odstawia je i patrzy nadal w oczy ciężarnej, jeszcze intensywniej, zupełnie jak nienormalny. Gestem prosi dziewczę o więcej tego boskiego nektaru. Atmosfera robi się paskudna. Nagle od stolika w głębi pomieszczenia podrywa się wysuszony brunet o twarzy pooranej kolcami agrestu. Jakoś pięć dych na karku, na barkach kurz i tynk, na nogach gumiaki, lepiej nie mówić, co na tych gumiakach. Człapie do baru, do chłopaka, zagaduje:

Widzę, że się kolega nie pierdoli, proszę do nas…

2.

Przy stoliku zasiedli. Jeden z polarowiczów, pijany, mamrocze coś o nadchodzącej wojnie. Drugi tylko przeklina i mieli paszczą jak wielbłąd z pustyni. Przybysz rozmawia z mężczyzną z agrestu i z trzecim z nich, pulchniejszym, o obliczu jakby golił się wybiórczo i zgoła niechętnie. Chłopak kończy autoprezentację:

…i tak właśnie znalazłem się w tym śmierdzącym kompostowniku, pomagając ciotce w prowadzeniu sklepu, w którym nawet nie ma kasy, bo wszyscy biorą na zeszyt.

Zapad cisza.

Słuchaj Gawron, jak ty właściwie masz na imię? – pyta po chwili mężczyzna z agrestu.

Nie wiem, Andrzeju, naprawdę nie wiem – odpowiada Gawron, czyli ten chłopak w tiszercie bez sensu.

No tak – wtrąca pulchniutki, skubiąc palcami niedogolony policzek – po co imię jak się takie nazwisko, heh, panie Gawron, tutaj pan nie rozłożysz skrzydeł.

No chyba że… – zaczął Andrzej Agrest

…zrobisz pan coś dla nas, panie Gawron i wszyscy będziemy w skowronkach, heh.

…i kilka morg się znajdzie od razu, nie będzie trzeba wracać do miasta, heh, po orkisz.

Słucham was uważnie, ubodzy wieśniacy – rzekł Gawron z powagą. – W czym ja mogę wam pomóc?

Niedaleko stąd mieszka pewna szamanka, tfu, lekarka. A Witek, który tak przeklina… – podjął Agrest.

Kurrrrr… – zamruczał przez sen Witek.

…przeklina tak dużo, bo jest nieszczęśliwy, bo bolą go kolana od klęczenia na grochu.

Klęczenia za młodu? – pyta Gawron rezolutnie.

Klęczenia za głodu – odpowiedział Andrzej.

Rozumiem, że mam się udać do niej i wyprosić coś dla waszego wulgarnego kolegi… ale dlaczego nie możecie zrobić tego sami?

Oczy Andrzeja Agresta zaszkliły się łzami. Krępy Zbyszek Golara wbił wzrok w dziury w stole, jakby je chciał przepełnić żalem. Witek przestał przeklinać i żałośnie zachrapał. Tylko siwy polarnik dalej jęczał o wojnie i bunkrze Heinza Guderiana w pobliskiej brzezinie.

Kiedyś mój mały Wojtek spadł z rowerka rozbił sobie łuk brwiowy –  zaczął Andrzej Agrest. –Zaniosłem go do lekarki. A ta, zamiast pomóc, wezwała karetkę, mityczną bestię miotająca barwami nieszczęścia, wyjąca jak ciele w kościele. I tyle Wojtusia widziałem. Następnego dnia zapukała milicja z tak zwaną opieką społeczną, kurewsko niebezpieczną. Eh, szkoda gadać, czepiali się, że nie ma żadnego rowerka, że my nawet tutaj wynalazku koła przecież nie znamy. I jeszcze, że nie jestem w stanie powiedzieć, kim jest jego matka. A jak ja miałem to niby wszystko zapamiętać?

Od tej pory nikt lekarki nie odwiedzał – włączył się do rozmowy mężczyzna niedogolony. – Na odrobaczenie chodzimy do weterynarza. Dzieci panicznie boją się karetek. Raz do roku przyjeżdżają w trzewiach metalicznych wołów ludzie z miasta i zbierają pieniądze do puszek, znaczą tych, którzy zapłacili czerwonymi serduszkami z przylepcem. Ludzie oddają ostatnie grosze, żeby tylko nie przyjechały po nich karetki. To wszystko przez tę jędzę.

Czegoś nie rozumiem – odparł Gawron. – Dlaczego po prostu nie spaliliście jej na stosie?

To była żona Pana Krzaka, właściciela fabryki pasków w Zdunowie Jaśniepańskim. Ludzie, którzy z nim zadzierają idą się wyhuśtać. Babsztyl jest nietykalny. Były mąż może przecież nadal darzyć ją pewnymi względami. Wszak jej nie zabił. Zostawił jej nawet sporą sumkę na rozchodne no i nieruchomość. Tylko pan możesz nam pomóc. Pan nie masz dzieci. Pan sam jesteś dziecko.

Pomogę wam. Nie boję się karetek – rzekł Gawron. Obrócił się w stronę kamery i tajemniczo uśmiechnął. – Tak się składa, że ja też mogę mieć interes do pani doktor…

Zdawało się, że Andrzej Agrest przygląda się ledwo widocznej bliźnie nad okiem Gawrona, lecz po chwili słodkie oczęta zamknął, by mu w nie wszy nie wpadły.

3.

Koszmar Gawrona. Na stancję opłacaną przez rodziców Gawrona przyjeżdżają Gawrona rodzice. Matka drze ryjca, że ich okłamał, że powinien być już doktorantem, a siedzi szósty rok na pierwszym roku. Z łazienki wychodzi dziewczyna, na oko jakoś studentka drugiego roku, matka gawrona jazgocze do niej słowy “dziecko drogie, ten zwyrol mógłby być twoim ojcem”, „tato?” pyta oszołomione dziewczę, filując na Gawrona. Ojciec właściwy na to, do syna, że koniec takiego studiowania, wracasz z nami i jedziesz za karę do ciotki Ani na wieś. „Tato, ale ja jestem lekomanem, nie poradzę sobie na wsi” ten mu na to. Ojciec drwi. Gawronowi włącza się jakiś paskudny oniryzm i upada, i nie może wstać itp.

Gawron budzi się w sypialni cioci Ani, którą na banicji zamieszkuje. Tzn. sypialnię, nie ciocię. Budzi się chłopak zlany potem jak nigdy przedtem. To lęk egzystencjalny połączony z przykrymi objawami odstawienia opioidów. Gwałtownym ruchem przekłada poduszkę na drugą stronę. Chwilę wierci się na łóżku. Przypomina sobie wszystkie tabletki świata, które łykał w trakcie studiów. Chwyta za telefon. Brak internetu. Chwyta zatem za egzemplarz Chłopów, aby zgłębić tajniki psychologi tubylców. Próbuje czytać. Za oknem świta, przez wszechobecny brud i zarazki jest ciemniej niż w nocy.

4.

Łomotanie do drzwi. Gawron budzi się znowu, ponieważ jako niewprawiony czytelnik zasnął po przeczytaniu strony tytułowej. Wchodzi ciocia Ania. Pyta „co tam”, on na to, że: „oniryzm”, ciotka: „fuuuj” oraz że mu ręce uschną. Dalej mówi, że idzie na dół, do sklepu; śniadanie czeka w lodówce. Pyta, czy Gawron przyjdzie na drugą zmianę. Chłopak coś tam burczy, że umówił się z chłopami w oberży. Ciotka coś tam wzdycha, wychodzi, chłopak przez chwilę jeszcze leży i gapi się w sufit. Po jakimś czasie podrywa się łóżka, zaznaje dotkliwego skurczu łydki i ciężko upada na podłogę wyścieloną najtańszym gównoleum.

5.

Gawron pod bramką w do majestatycznej posiadłości dr Karyny Barbituran. Dzwoni. Nic. Dzwoni. Nic. Odwraca się, by wrócić do ciotki, i wtedy dociera do niego kobiecy głos:

Widać że z miasta, znasz ty tajemnicę domofonu. Pewnie przyszedłeś na telegazetę w sieci wi-fi.

Gawron przypatruje się Karynie. Tak dorodne czterdziestolatki (?) widział do tej pory tylko na brzydkich stronach.

Jak na panią patrzę, to już nie potrzebuję neta – odpowiada Gawron, szarmancik, a ona się zarumieniła, głupiutka.

Gospodarzowa, albo gospodarka, uchyla bramkę i prowadzi gościa przez okazałe podwórko w stronę pięknie otynkowanego gmachu, w który niegdyś mieścił się PGR, a teraz jest willą pani doktor Barbituran. Po podwórku biegają dzikie zwierzęta, kaczki, gęsi świnie i kulawy osioł. Za willą wznoszą się chlewiki, kurniki i obory, wieża ciśnień i diabli wiedzą co jeszcze. Wszystko bielone, błyszczy w słońcu jak kość słoniowa, jak śniegi Kilimandżaro.

Podoba się panu mój park dzikich zwierząt? – pyta lekarka.

Owszem – odpowiada Gawron. – Szczególnie te świnie.

To są lwy – oznajmia Karyna ze śmiechem.

To są świnie – droczy się Gawron.

Ale za to jakie odważne – ripostuje kobieta.

Oboje w szczery, pogodny rechot. Po chwili lekarka otwiera ciężkie drzwi willi i wpuszcza Gawrona do środka.

6. W WILLI

jakoś dwie godziny później

Siedzą wpatrzeni w kominek. Gawron dowiaduje się, że Karyna nie rozmawia z wieśniakami, bo oskarżają ją o czary, stonkę ziemniaczaną i zaginione pociechy. Rozmawiają długo o swoich żywotach, Gawron informuje damę o swoim uzależnieniu i niechęci wobec ciotki, która sprzedaje ludziom na zeszyt, chociaż nie zna cyfr ani liter. Kobieta robi się senna. Wypisuje receptę dla chromego Witka.

C E L E B R E X? Skąd on ma to, do diabła, skołować – pyta Gawron.

Znikąd – odpowiada Karyna Barbituran – wieśniacy wierzą w funkcję magiczną recept. Wystarczy je w uroczystym skupieniu odczytywać na głos i oczekiwać uzdrowienia

Oboje znowu w śmiech. Chwytają się za dłonie jak do tańca opętańca. Wtedy zapada cisza. W pewnym momencie Karyna wstaje, dokłada książek do kominka, siada ponownie obok chłopaka i kładzie mu głowę na kościstym ramieniu.

Siedzą tak po cichu, w końcu chłopak zapytuje:

A lekarką jakiej specjalności ty w ogóle jesteś?

Kobieta nie odpowiada. Śpi jak ten rycerz w Tatrach.

Anestezjologia – dopowiada sobie Gawron.

7. TZW. DYNAMICZNE MIGAWKI

Gawron wręcza receptę Witkowi, pijacy w barze ściskają go i wznoszą toast. Szczęśliwa para chodzi po posiadłości za ręce i karmi zwierzęta. Gawron czyści chlew, lekarka robi mu zdjęcia. Całują się. Usuwają konta na fejsie, postanawiają żyć tylko dla siebie. Lekarka karmi Gawrona Tramalem, on ją Xanaxem, popijają szampanem, zagryzają poziomką i kładą się w łożu, plączą się z wiadomym zamiarem, w trakcie miłości fizycznej oboje zasypiają. W tle leci jakaś Lana del Rey, może być ten numer z filmu o Powstaniu, bo tam było o upływie lat i miłości.

8. BAR RABARBAR, Piekiełko

Nastoletnia barmanka z dwójką dzieci. Przy stoliku posępni Andrzej Agrest i ten siwy, co o wojnie gada. Dosiada się Zbyszek Golara.

Słyszeliście?

Mężczyźni kiwają głowami.

Jak to się stało? – pyta Andrzej.

Te tabletki na kolano zatopiły Witeczka. Wczoraj wieczorem wracał zmęczony z baru, potknął się o leżącego sąsiada i utopił w kałuży. Nie mógł wypłynąć, kolana odmówiły mu posłuszeństwa. Chryste Panie, ta kobieta to Lucyfer

Byli jacyś świadkowie? – dopytuje Andrzej.

No ten, co się o niego Wituś potknął. Słyszał tylko przeraźliwe bluźnierstwa, a później rozpaczliwy bulgot.

Kochany Witek umarł tak jak żył –skomentował Andrzej. – Z kurwą na ustach.

Pomścimy go – mówi Zbyszek. – Fabryka byłego męża tej jędzy padła, jego samego zamknęli za długi. Musimy pozbyć się tej wstrętnej baby, zanim nas wszystkich potopi jak słodkie kocięta. Nikt jej nie będzie chronić.

A ten Gawron? – dopytywał Andrzej.

Pfff… – spluł się Zbyszek i machnął dłonią

Nagle obracają twarze w stronę Siwego.

To co ty tam gadałeś o tych magazynach gestapowskich armat, dziadu?

9 . WILLA

Karyna i Gawron siedzą na kanapie w salonie, byłej świetlicy PGR-u. On jakiś taki markotny.

Wszystko dobrze, kochanie? –pyta Karyna.

Nie, a o co chodzi?

Coś dawno nie widziałeś się ze swoimi kolegami. Nie chcę, żeby było tak, że cię ograniczam.

Kochanie, oni są zazdrośni o to, że nic nie robię w życiu i jestem bogaty dzięki tobie, bo ty wcześniej dorobiłaś się bogactwa na plecach. W sumie nawet ich rozumiem.

Skończyłam medycynę…

Na kursie internetowym, w zakładce quizy na Onecie.

Wybuchają śmiechem. Ale chłopak po chwili znowu jak to słoneczko za chmurkami.

Muszę wyjechać na kilka dni. Dostałem telegrafem notyfikację z domu rodzinnego. Widocznie rodzicie postanowili się mnie zrzec i muszę dopełnić formalności. Daj mi dwa dni i znowu będziemy mogli skupić się na sobie.

Mam złe przeczucia – mówi ona.

A brałaś już dzisiaj tabletkę?

Znowu śmieją się do rozpuku.

Jak ty mnie dobrze rozumiesz…..

Za oknem zamieć, śnieżyca, pewnie też różne inne rzeczy. Daleko na horyzoncie, w pobliskim miasteczku, eksplodują fajerwerki WOŚP, wróżąc nadchodzące nieszczęście…

10. LAS PONIEMIECKI, LAS TAJEMNY

Chaszcze, knieje. Trójka mężczyzn z pochodniami. Siwy oświetla właz, właz jak do szamba. Andrzej podważa go łomem i odrzuca wieko na bok. Siwy wyciąga z kieszeni latarkę na korbkę, chwilę produkuje kilowatogodziny i świeci w dół. A tam, w tym niby szambie, ściek historii, czyli kolekcja drugowojennych narzędzi zabijania. W otwartych skrzynkach pistolety maszynowe, moździerze i różne takie.

Ilu dzieciakom zdążyłeś zrobić gówno z mózgu, Siwy? – pyta Andrzej po chwili zadumy.

Tak z trzydziestu będzie na zawołanie w razie insurekcji – odpowiada Siwy.

Wydaj zatem odezwę.

Siwy wyciąga z plecaka gołębia czarnego, on oznacza wojnę. Podrzuca go wysoko, rozkazując lecieć po posiłki. Gołąb pada na ziemię. Jest martwy, w plecaku zaduszon.

Siwy macha ręką z rezygnacją,

Przekombinowałeś, dziadu – skwitował Andrzej.

11. SYPIALNIA LADY BARBITURAN

Karyna Barbiuturan układa się do snu. Łyka garść tabletek i popija herbatą z miodem i cytryną. Z odtwarzacza leci cichutka muzyka klasyczna, jakaś lacrimosa

No ni jest jeszcze taka stara – mówi Karyna i wyłącza muzyczkę. Gasi lampkę nocną. Jakby spojrzała przez okno, to by widziała, że pod posiadłość podjeżdżają dwie ciężarówki. Ale nie spojrzała, bo rolety.

12, POD POSIADŁOŚCIĄ, MIDSEASON FINALE

Przybyli ułani pod okienko. Z pak Jelczy wyskakują zziębnięci, pijani i uzbrojeni w drugą wojnę światową chami i kołtuni. Dowodzi nimi Siwy, najstarszy, bo sześćdziesięcioletni mieszkaniec wsi, który z trudem wydostał się z szoferki. Kilkunastu wieśniaków zbrojnych w schmeissery i pepesze utworzyło przed ogrodzeniem tyralierę, reszta rzuciła się do rozstawiania polowych moździerzy kaliber 380 mm.

Siwy dał znać i pociski moździerzowe wyleciały w niebo, zakreśliły łuk, po czym spadły na teren posiadłości. Pierwszy obrócił w zgliszcza kurnik. Nie przeżył ani jeden kurczak. Drugi przebił się przez stop chlewu. Słychać był krótki, żałosny ryk świni. Trzeci eksplodował w moździerzu, okaleczając trzech chłopów. Na znak siwego z tyraliery wybiegł Zbyszek Golara i podłożył ładunek wybuchowy przy bramce. Nie zdążył uciec, bramka wyleciała w powietrze razem z partyzantem, unosząc go wprost do nieba, pośród anioły.

Siwy dobył szabli kawaleryjskiej i z głośnym hurra poprowadził tyralierę chłopów do szturmu przez wyrwę w ogrodzeniu. Chłopi zatrzymali się w odległości kilkudziesięciu metrów od budynku i zaczęli ostrzeliwać willę z czego popadnie. Pociski wybijają okna, okaleczają elewację, rykoszetują i kładą trupem kolejnych wieśniaków. Niewydojone krowy w oborze ryczą boleśnie. Podobnie dogorywający chłopi. Chami ponoszą ciężkie straty, kontynuują jednak nawałę ogniową, podjudzani do walki przez rannego w ramię Siwego.

Nagle od strony płonącego chlewu nadciąga szarża świń wspierana przez oszalałe ze złości gęsi i kulawego osła. Świnie tratowały wieśniaków kilogramami stalowych mięśni i elastycznego tłuszczu, gęsi szczypały w łydki konających. Mężczyzna, który celował z rusznicy przeciwpancernej w okno sypialni lekarki został rozszarpany przez dorodnego knura. Chwilę później knur padł przecięty serią z pistoletu maszynowego. Formacja wieśniaków poszła w rozsypkę, niedobitki z Andrzejem Agrestem na czele stłoczyły się w okręgu z Siwym po środku. „Musimy nacierać dalej”, krzyczał Siwy i porwał ostatnie pokłady męstwa ośmiu zdolnych do walki wieśniaków do szturmu na willę lekarki. Dwóch cepów zyskało reszcie drużyny nieco czasu, ściągając na siebie (dziwnymi odgłosami) furię natury. Chwilę później padli rozdziobani przez gęsi, wrony…

Siódemka partyzantów wbiła się z hukiem do willi, otwierają ogień do zastawy, mebli, kotar i kanap. „Grantem!” – krzyknął Siwy. Jeden z bojowników wyrwał zza pasa granat trzonkowy i rzucił przed się, granat odbił się od ściany i spadł pod nogi szturmowców. Straszliwa eksplozja targnęła parterem willi doktor Barbituran. Wszyscy poszli do diabła.

13.

Piękny poranek, Karyna budzi się, przeciąga, zarzuca szlafrok w polne kwiaty i schodzi na dół. A tam – o Jezu, dantejskie sceny, krew, wnętrzności, pobite gary, całą zastawa potłuczona, po parterze biegają rozbestwione gęsi, na podziurawionej kanapie śpi ranny knur.

To już przesada – oznajmia lekarka – ja stąd wyjeżdżam.

14.

Gawron wpada do sklepu cioci Ani, a tam – demolka, dziury po kulach w ścianach, wszystko rozkradzione, czipsy na podłodze, po gównoleum turlają się butelki Hop-Coli. Chłopak wybiega przed sklep, chwyta za fraki jakiegoś przechodnia.

Gdzie moja ciotka, biedaku?

Wywieźli ją na taczce gnoju za wieś, daj pan spokój.

Gawron bije chłopa na odlew, ten wpada w przydrożny rów. Nieszczęśnik rozgląda się dookoła, dostrzega czarny dym na horyzoncie. Drugi nieszczęśnik patrzy w błoto.

Chryste, Karyna!”

Gawron biegnie ile sił w płucach w stronę willi ukochanej, przewraca się, czołga…

15.

Chłopak już w willi. Potyka się o martwych bojowników. Dostrzega potłuczone talerze.

Kochanie, jesteś? – krzyczy. – Coś się stało?

Idzie dalej, z kuchni wybiegają dzikie zwierzęta.

Kochanie czemu mamy dzikie bestie w domu?

Wchodzi schodami na piętro, patrzy: nie ma Karyny. Wraca na dół siada obok wieprza w salonie. Wyciąga komórkę i pisze wiadomość do wybranki: O co chodzi? O nic – odpisuje Karyna. Jesteś zła? Nie. Po chwili dostrzega kartkę na kredensie. Czyta:

Gawron, masz pojebanych na głowę kolegów, wyjeżdżam z tej gminy. Tu nie jestem bezpieczna. Albo oni, albo ja wybierz. Nie dzwoń. Nakarm kulawego osła.

Gawron wychodzi z salonu, potyka się o zwłoki Siwego, pod butami czuje pokruszoną szkło i łuski z pepeszy. Rozgląda się jeszcze raz po pobojowisku, wzdycha:

Diabeł, nie kobieta.

Następnie wybiega z budynku, potem wybiega jeszcze za płot przez wyrwę i rzuca się do drzwi zaparkowanego Jelcza. Kluczyki są w stacyjce. Chce ruszyć. Zapalił silnik, lecz co dalej? Przypomina sobie, że nie ma prawka, a w grach jeździł tylko na automatach. Spuszcza ręczny, samochód jedzie do tyłu, miażdżąc swymi kołami ostatniego z żywych partyzantów.

Los batalionów chłopskich został brutalnie przypieczętowany.

16.

Gawron nie wie, gdzie udała się Karyna, ale wie, że ta też nie ma prawa jazdy, dlatego biegnie ile sił na przystanek PKS. Tam spotyka Karynę pragnąca uciec do dalekiej wsi, gdzie mieścił się domek letniskowy jej i jej męża. Kobieta ma humory z powodu tragicznej strzelaniny, w której brali udział koledzy Gawrona. Karyna to kobieta obrażona, dlatego siada na końcu autobusu. A Gawron na początku. Na każdym przystanku Gawron przysiada się coraz to bliżej, w końcu, przed samą wsią docelową, którą okazuje się być Niszowo Małodworskie, splata się z ukochaną w miłosny uścisku. Zasypiają.

17. TZW. DYNAMICZNE MIGAWKI

Gawron i Klara ukrywają się przed światem w małej lepiance z mułu, mchu i paproci na skraju wsi Niszowo Małodworskie. Prowadzą gospodarstwo agroturystyczne oraz mini zoo. Mini zoo odwiedzają tabuny bezpańskich dzieci oraz okoliczne kołtuństwo. Gawron wita odwiedzających milusińskich słowy: „dzień dobry dzieci-śmieci”, a ci później malują na plastyce płaczące krwią słoneczka.

Wieczorami zakochani grywają w bingo oraz tryktraka. Gawron po kilku latach wykonuje trudny telefon do ciotki i przeprasza, że nie uratował jej, kiedy wywieźli ją bandyci na taczce z gnojem. Ciotka Ania jest już bardzo stara i nie pamięta kim właściwie jest Gawron, zadzwoniłaby na policję, ale telefon jest zajęty, ponieważ rozmawia z Gawronem. Dlatego też wszystko wybacza i kończy rozmowę nie będąc w stanie przypomnieć sobie, kto ją zaczął i po co.

18.

Posiadłością Lady Barbituran zaczyna interesować się urząd skarbowy. Fundusze Karyny topnieją, gdyż pozbawili jej uprawnień do wypisywania recept, dlatego płacą fortunę za Tramal i Xanax z czarnego rynku. Gawron zaczyna podupadać na zdrowiu. Razu pewnego, w trakcie prac gospodarskich, mdleje i zabiera go karetka do sąsiedniego miasteczka, Zdunowa Jaśniepańskiego. Karyna zostaje sama ze zwierzętami, zaczyna odczuwać ciężar swych lat; oglądając w telewizji Grażynę Torbicką zastanawia się, czy to jej rówieśniczka.

19.

A tymczasem Andrzej Agrest został zoperowany i przywrócony do życia w laboratorium WOŚP. Po latach osiągnął dawna sprawność bojową, ba, nawet ją zdublował. Od tej pory przemierza gminę w poszukiwaniu zemsty. Zostawia po sobie płomienne pożary i martwe trupy, a także przerwane wzdłuż naklejki w kształcie serduszka. Pęknięte serca, bo jemu serduszko pękło przed laty w trakcie bitwy pod Chlewem…

SCENA ILUSTRUJĄCA: Stacja benzynowa. Cyborg Andrzej Agrest pokazuje kasjerowi zdjęcie Gawrona i Lady Barbituran, ten przeprasza, po czym oznajmia, że nie poznaje, bo ma problemy z głową, jest zaszczutym jak kundel franczyzobiorcą. Andrzej prosi o hot doga. „Kabanos wieprzowy” – rzuca mimochodem kasjer, czym porusza pokłady nienawiści Agresta: przed oczyma duszy wyświetlają mu się flashbacki jak z Wietnamu, tyle że z Piekiełka. Gdy ma płacić, nakleja zdumionemu kasjerowi serduszko WOŚP-u na czole, wyszarpuje lugera zza pasa i oddaje strzał w sam środeczek.

20.

Szpital w Zdunowie Jaśniepańskim. Ordynator oznajmia Gawronowi, że doprowadził do trwałego uszkodzenia wątroby. Konieczny jest przeszczep i odwyk. Przyjeżdżają rodzicie, ale nie mogą oddać fragmentu wątroby, ponieważ… okazuje się, że nie są biologicznymi rodzicielami. Ale i tak by nie oddali, bo mają dość wałkonia. Przyjechali jeno się napawać. Ujawniają Gawronowi prawdę. Gdy miał dwa lata porwała go karetka ze wsi, bo ojciec był patolem i pomoc społeczna oddała go do adopcji. A oni adoptowali, bo siostra matki adopcyjnej pochodziła z Piekiełka i znała okrutnego Andrzeja Agresta. Gawron wzywa ordynatora Trettera i postanawia wypisać się ze szpitala, wiedząc, że niewiele mu czasu zostało. Pisze SMS-a do Karyny, że muszą się rozstać, ponieważ ich związek opiera się na patologii, a co gorsze, znając wszelkie fakty, zrozumiał, że kobieta musi być przynajmniej dwa razy starsza od niego, a to napawa go grozą.

21.

Gawron spotyka się w niepozornej kawiarni bez prądu i bieżącej wody z wtyką NFZ-u w WOŚP-ie i dowiaduje się o uratowaniu Andrzeja Agresta. Wolontariusze dotarli do Piekiełka dopiero kilka dni po wystrzałowym finale. Tam znaleźli posiekanego Agresta i postanowili przetestować na nim najnowsze technologie medyczne, zanim zaczną modernizować dzieciaki-biedaki. W rozmowie z agentem Gawron potwierdza przypuszczenia na temat swojego pochodzenia. Postanawia wrócić do Karyny wiedząc, że Agrest będzie próbował ją wykończyć, a on chciałby, aby poczciwa kobieta umarła bezboleśnie i przez sen, stosownie do wieku.

22.

PIEKIEŁKO

Agrest w nocy zakrada się do mieszkania ciotki Anny, płosząc nawet głuche koty, a to ze względu na zbugowany soft. Jakby patrzeć z zewnątrz, to sypialnię rozświetlają rozbłyski wystrzałów wytłumionego lugera. Po chwili mężczyzna wychodzi przez sklep na parterze na szczere pole w centrum wsi, w ręku trzymając puszkę gazowanego napoju, przeterminowanego już dawno.

Możemy śmiało zakładać, że w ten oto sposób Andrzej zdobył informacje na temat lokalizacji Gawrona i lekarki oraz pozbył się niewygodnego świadka.

23.

Karyna w domu śpi na kanapie w saloniku. Na ratanowym stoliku kartoniki po Xanaxie, Klonazepamie, Relanium itp. Po posiadłości znowu brykają umorusane zwierzęta hodowlane w przewadze kopytnych. Na regałach z cicha pogdakują oraz się pierzą kury. Do pomieszczenia wbiega zdyszany Gawron, kalecząc nagie stopy o łupiny orzechów. Z trudem łapiąc oddech mówi ukochanej, że przeprasza, że bał się, że za dużo eksterminacji w ich związku i po nocach śnią mu się martwi żniwiarze; że niedługo umrze na wątrobę, a ona pewnie na starość, niemniej chce do niej wrócić. Ona nic nie odpowiada. On dochodzi do wniosku, że to znowu alter ego kobiety odurzonej, czyli kobieta oburzona, nic nie mówi tylko ma focha, siada więc Gawron na fotelu i dalej gada, niby do siebie, ale do niej: o swoim pochodzeniu, że to ona go stworzyła poniekąd, że tak jakby jest mu matką żoną i kochanką jednocześnie, chociaż ostatnio żadnym z powyższych. Podchodzi jak „ojojoj już się nie gniewaj”, całuje ją w czoło, a okazuje się ono zimne i nieprzyjemne, pomarszczone do tego, jakby mało było nieszczęść. Gawron łączy fakty: Karyna nie żyje. Przedawkowała. Udowodniła, że umrzeć młodo można nieco później. Coś jak klub 27 razy dwa. Karyna zastyga, a w telewizorze śpiewa Bajm o wielbłądach na pustyni. Wtem do salonu wchodzi, z dłonią zaciśniętą na kolbie lugera, Andrzej Agrest.

Kiedy dowiedziałeś się, że jestem twoim synem? – zapytał, nie obracając się w stronę przybyłego, Gawron.

No właściwie to teraz – odpowiedział metalicznym, charytatywnym głosem Agrest. – Wojtusiu, czemu ty musisz być Wojtusiem…

Gawron ścisza telewizor, bo zaczęły się kabarety, co jest nietaktem, zważywszy na okoliczności, po czym odwraca korpus (swój) w stronę ojca. Ten kontynuuje:

Przybyłem tu dokonać zemsty na kobiecie która jest winna całemu złu, którego zaznało Piekiełko. Demon o wielu imionach, zwana kobietą porzuconą, kobietą oburzoną, niekiedy kobietą podduszoną…

Kobietą odurzoną… – wtrącił się Gawron.

No właśnie Wojtusiu, dumny, nieszczęśliwy ptaku, Gawronie. Przybywam z przeszłości aby aby pomścić pod chlewem wystrzelanych. Gdyby nie ona, mógłbyś być jednym z nas… Odsuń się synku, tatuś będzie uśmiercał bestie srebrnymi kulami.

Rychło w czas, tatku. Karyna już jest z aniołkami.

Tak wiele odpowiedzi, tak mało pytań… – wymruczał Andrzej.

Ty lub ja albo obaj musim legnąć wraz z nią – wygłosił podniośle Gawron.

Mocne, synu, sam to wymyśliłeś?

Nie – odparł Gawron. – Leonardo DiCaprio. W Romeo i Julii. Ty lub ja albo obaj musim legnąć, ty lub ja albo obaj musim legnąć

No zrozumiałem…

Ty lub ja albo obaj musim legnąć, ty lub ja albo obaj musim legnąć

Wojtusiu, to zaczyna być bardzo niepokojące…

Ty lub

Andrzej nie wytrzymał tej dziecinady i przyłożył sobie lufę do skroni. Na to Gawron jakby czekał. Zamilkł. Po chwili ozwał się:

Pozwól mi to zrobić ojcze.

Dobrze, tylko bez kretyńskich numerów.

Tylkio bez numelówprzedrzeźniał Gawron. Tato, jestem już duży…

Właśnie widzę”, myśli Agrest i niepewnym ruchem podaje samopał Gawronowi. Ten uśmiech się cynicznie. I przykłada lugera do skroni. Swojej. Ojciec zdaje sobie sprawę, że właśnie popełnił niemały rodzicielski błąd. W oczywisty sposób rysuje się to na jego pooranej kolcami agrestu twarzy.

Wystrzał. Ujęcie na kanapę. Na kanapie leży truchło Karyny, na jej ciele ciało Gawrona. Z salonu uciekają spłoszone zwierzęta. Ojciec jest wzruszony. Poniekąd dumny z syna.

– Czy to była kula synku, czy to serce pękło? pyta Agrest, lecz nie ma już nikogo, kto mógłby mu na to odpowiedzieć. Mężczyzna charytatywnym krokiem kieruje się w stronę wyjścia. Po policzkach ciekną mu łzy. Dochodzi do zwarcia. Ostatnim impulsem elektromagnetycznym udaje mu się odtworzyć fragment znanego jingla.

Raniony dzielny knur, weteran bitwy pod Chlewem, wtacza się do salonu i zostaje prawdziwym lwem. 

Koniec 

świata.

Dodaj komentarz