Jesteś tym co jeż

Jesteś tym co jeż

To było upalne lato kilka lat temu. Byłem już po dwudziestce, rówieśnicy mieli już stałe posady, zakładali firmy albo już nie żyli. A ja spędzałem całe dnie w domu, marząc o dalekich krajach i tych wszystkich egzotycznych zwierzętach, które w prawdziwości nawet nie zechciałby na mnie spojrzeć.

Pewnego skwarnego dnia cierpiałem z powodu migreny, żyjąc tak, jakby miało nie być jutra, czyli wykręcają z bólu stopy ze stawów. Kiedy ból pomieszał mi zmysły, postanowiłem wyjść na dwór do wysychającego ogrodu, aby kopać dziury, szukać żył wodnych, a następnie je podcinać. A po robocie położyć się na pożółkłym trawniku i umrzeć, kierując wzrok w stronę Francji. No nie byłem w humorze tego dnia. I do tego kulałem.

Zwlokłem się z łoża i ściągnąłem koszulkę, po czym kuśtykając ruszyłem w stronę drzwi. Kiedy tylko mogłem, starałem się nie chodzić. A kiedy już musiałem, chodziłem bez koszulki. Od kilku lat ćwiczyłem na siłowni, co dało mi tyle, że wyglądałem jak lew. Lew morski. Opasły, ale, kurwa, jaki dzielny, no popatrz tylko.

– Wychodzę przed dom – oznajmiłem ojcu, nieśmiało.

A on życzył mi wszystkiego dobrego.

Ledwie wyszedłem z domu ojca mego, już chciałem wracać, ledwie wyszedłem i ledwie spojrzałem i dostrzegłem na środku podjazdu zwierzę niewielkie, wyjątkowo nieruchliwe. Okazało się być jeżem. Musiało paść ofiarą skwierczącego Boga Słońca.

Wziąłem jeża delikatnie na ręce, przez rękawice żaroodporne do grilla, i położyłem w cieniu, w pobliskim burzanie. W ogrodzie uprawiałem burzany, ponieważ studiowałem polonistykę. Na starość chciałem mieć jeszcze bażanty.

Gdy legł puszek okruszek na posłaniu z gleby, pod zielonym baldachimem, spał dalej słodki książę księstwa fauny. Wodą z trudem zdobytą całego go ochlapałem, bo tak się robi z morświnami na plaży, czemu miałbym zachować się inaczej. Wszak to też ssak, aczkolwiek kolczasty. Jednak ssak. Drzewo iglaste to nadal drzewo. Pragnąłem mu pomóc.

Gdy odwiedziłem go po godzinie, na paluszkach, w klapeczkach, jeż spał jak spał wcześniej w cieniu burzanu, a dookoła niego zaczęły kręcić się mrówki, psotniki jedne. „No wstawaj, wstawaj, nie udawaj” – skandowałem do jeża, modulując głosem raz to namawiając, raz to prosząc, kiedy indziej rozkazując. Na wszystko reagował tak samo, czyli wcale. A mrówek było coraz więcej, nawet te szydlaste, niby to mityczne pegazy, ale małe takie. Po ich ożywieniu miarkowałem, że szykował się przypał, na co patrzeć nie chciałem. Wtedy jeszcze wierzyłem, że tam, gdzie nie patrzę, nie dzieje się nic, zwyczajnie tego nie ma.

Wracałem do domu z zamkniętymi oczami, potykając się trzy razy na odcinku trzech metrów. Wtedy usłyszałem głos ojca:

– Postaw się na jego miejscu, synu.

Postawiłem się. Wykopałem więc przed płotem dół na metr głęboki, nieopodal w ziemię wbiłem sekator, gdybym jednak trafił na żyły wodne. Ale nie natrafiłem. Dokopałem się do gliny. Wyobraziłem sobie, że to dach domu z gliny, w którym żyją podziemni, bardzo biedni ludzie. Zrobiło mi się żal. Wymościłem dno gałązkami i liśćmi. Jeże kochają liście i gałązki, tak dumałem. Niech ma w tym dole jak w lesie. Wyjątkowo ciemnym lesie. Myślałem o tym symulakrum, a oczy zaczynały mi się pocić. Do ostatniej chwili wierzyłem, że mój drobny przyjaciel powie coś w stylu „żartowałem, wyciągnijcie mnie chuujee”, lecz gdy tak stałem oparty o łopatę, podszedł do mnie ojciec, opaloną dłoń zacisnął na mym ramieniu i powiedział:

– Zasypujmy. Nikt nie woła.

Na mogile jeża przed płotem ustawiłem kamień ciężki, aby nikt przypadkiem nie zechciał tam sadzić roślin. No bo dorośli nieustannie sadzą przed płotem rośliny. Niech sadzą, nawet ziemniaki niech sadzą, byle nie tu. Ja nie oceniam. Niech tylko to później pielęgnują, co wcześniej nasadzili. To chyba nie aż tak dużo.

Trzeciego dnia od pogrzebu nie zmieniło się nic poza wszystkim. Kamień leżał odsunięty. Dół został odkopany. Jeż został zaginiony.

– To ci jeż – powiedział ojciec – wszystkich nas dwóch oszukał. A może i jeszcze kogo…

– To nie jeż, ojcze – powiadam ojcu. – To jeżuś.

– Jeżus – odpowiedział smukły mężczyzna i zamyślił się.

Do tej pory nie udało mi się rozwiązać zagadki Jeżusa. Jedni mówią, że wykradli go jego uczniowie. Ale czego taki jeż mógł nauczać? Drudzy nic nie mówią, bo z nikim więcej nie rozmawiam.

Lata minęły i pewnie wydarzenia te zatarłyby się w mojej pamięci, gdyby nie trwające po dziś dzień pielgrzymki jeży, które wpierdalają moim kotom jedzenie z misek.

Dodaj komentarz