Redystrybucja

Nie lubię marnować jedzenia, dlatego resztki wyrzucam przez okno. Oczywiście wcześniej uważnie się rozglądam. Nie jestem głupi. Wiem, że wyrzucone z czwartego piętra resztki osiągają w locie podwójne przyspieszenie grawitacyjne. I są w stanie przeciąć dorosłego mężczyznę na pół. Albo trwale stygmatyzować kobietę.

Gdy już podzieliłem się jedzeniem dobrym jak chleb z bezpańskimi dziećmi i bezdomnymi zwierzętami, rozsiadłem się jak księciunio na fotelu wyrwanym z pociągu marki kibel i zacząłem odmierzać czas, jaki mi pozostał. Nagle zakwilił telefon.

– Powiem ci przyszłość – oznajmia znajomy głos.

– Nie chce mieć z przyszłością nic wspólnego – odpowiadam zgodnie z prawdą.

– Wiedziałem, że to powiesz – odparł głos w słuchawce. I się rozłączył. Oddzwaniam zatem.

– Panie promotorze, po co te podchody?

– Czekam na pana. Czekam aż w końcu coś mi pan przyniesie.

– Przecież regularnie bywam w pańskim gabinecie…

– Tak, ale do tej pory przynosił pan jedynie wstyd. A ja czekam na pracę.

– Przykro mi – odpowiadam. – W tym kraju nie ma pracy.

Wtem słyszę dzwonek do drzwi

– Panie promotorze, proszę poczekać. Przyszli po mnie. – Oznajmiam i odkładam promotora na stolik, nie byle jaki, bo ratanowy i ze szklanym blatem.

Do drzwi. Przez korytarz. Susem. I otwieram.

– Wszystko widziałem – mówi Pan Antonik, administrator. – Widziałem, jak pan działa świadomie z zamiarem reintrodukcji szczurów na całym osiedlu, co w następstwie skutkować będzie epidemią i zwiększeniem opłat dla spółdzielni. Oraz upadkiem zasad.

Mane, tekel, fares, klnę pod nosem. Szczury. Dżuma, Czarna Śmierć. Nic się w tym kraju nie zmieniło od czasów Łokietka.

–Panie Antonik, proszę wejść – zachęcam. – Mam gościa.

Do pokoju. Ja ucieczka, on peleton.

– Panie promotorze jest pan tam?– podnoszę promotora. – Łącze pana z panem Antonikiem. Panowie się poznają: pan Antonik, mój administrator i jednocześnie prokurator, pan promotor, mój wróżbita.

–Panie promotorze – mówi pan administrator do telefonu – proszę przedstawić mi linię obrony pańskiego klienta.

–Sprzeciw. Mój magistrant nie ma nic na swoją obronę.

Kolejny dzwonek do drzwi.

–Panowie wybaczą – rzucam i biegnę do drzwi.

Otwieram.

–Witam, pan Jacek.

–Pan właściciel! Proszę wejść, proszę do pokoju, wszyscy już czekają.

W pokoju.

– Panie administratorze i panie promotorze – mówię do telefonu wyrwanego panu Antonikowi – oto pan i władca. Panie właścicielu, oto pański lokal.

– Kto tu właściwie mieszka? – pyta właściciel zaskoczony tłumem.

– Agnieszka – odpowiadam.

Moja dziewczyna siedzi na fotelu i milczy. Fantasmagorie zwyczajowo nie są zbyt rozmowne. Ale ważne, że jest. Wymyśliłem ją dla parytetów.

Przez kratki wentylacyjne wciskają się szczury, przez uchylone drzwi – sąsiedzi z klatki.

– No witam, witam – witam. – Panie promotorze, przełączam pana na głośnomówiący.

– Halo baza, podaj hasło – krzyczy ten z głośnika.

– Fidel Castro – odpowiadam.

– Panie Jacku – burczy właściciel – może zostać pan tu jedynie pod warunkiem, że…

– Warunkiem, heh – wcina się promotor.

–…inaczej zamieszka pan, nie wiem, w igloo ze słoików… – kontynuuje właściciel.

I wtedy coś we mnie pękło i postanowiłem za wszelką cenę bronić swojego studenctwa tyle lat pielęgnowanego. Podniosłem głos, uciśniony uprzednio w przeponie i wydarł się ze mnie krzyk:

– Bracia i siostry! Dziękuję wszystkim za przyjście na debatę poświęconą tak palącej kwestii, jaką jest redystrybucja dóbr.

Dodaj komentarz