Speed dating

Mam już dwadzieścia pięć lat i wiem, że w życiu żałujemy tylko tych rzeczy, których nie odważyliśmy się zrobić. Na przykład prawa jazdy. A zostało przecież udowodnione, że chłop musi pojeździć. W ten sposób produkuje testosteron. Inaczej staje się rośliną. I wytwarza chlorofil.

Co zrozumiałe przez powyższe, okoliczności życiowe zmusiły mnie do korzystania z komunikacji zastępczej, która pozwala mi osiągnąć Olimp Męskości. Podróżuję, proszę państwa, windą, a w windzie, promieniując androgenami, uprawiam speed dating.

Na uczelni kursują dwie windy. Jedna nowoczesna, pendolino wśród wind, i druga, dla ludzi z depresją, którzy i tak nie mają co robić w życiu i wyraźnie im się nie spieszy, bo gruncie rzeczy od narodzin zmierzają donikąd. Do celów matrymonialnych wybieram oczywiście tę pierwszą,gdyż live fast, die young, bad girls do it well.

Reguły gry w miłość są nadzwyczaj proste. Wsiadam na parterze, na uczelnianym holu, i jeżdżę tak długo, aż na którymś przystanku wsiądzie ta jedyna, z którą mógłbym przejeździć resztę życia. Wtedy rozpoczynam flirt metafizyczno-erotyczny. Daję jej szansę. Jeśli gadka się nie klei, następuje wygnanie z raju i gołąbeczka wysiada na najbliższej stacji, a ja podbijam do kolejnej kandydatki. Kiedy wpadnę którejś bałamutce w oko, a ona mi w oku solą, wysiadam i oczekuję na następny kurs. Natomiast w przypadku, jeśli moja gałązka jabłoni nie zdążyła się przekonać o tym, że w tym wymiarze nie znajdzie lepszej partii i zamierza opuścić Kapsułę Erosa, po prostu uniemożliwiam jej popełnienie tego głupstwa i wydaję komputerowi pokładowemu komendę, aby wiózł nas z powrotem na parter. Historia zatacza koło. Możemy tak w nieskończoność. To jest paradoks czasoprzestrzenny, albo, jak mówią naukowcy, to jest słynne perpetum mobile.

*

Gdy wsiadła na parterze, ja już czekałem. Wracałem z łowów. Cera jasna jak cholera, ta śmiertelna choroba; włosy czarne jak smoła, którą noszę w płucach. A figura, rety, jak klepsydra na klatce schodowej. To nie prawda, że każdy facet myśli tylko o przytulaniu się na golasa. Ja patrząc na nią, wyobrażałem sobie, jak spacerujemy po łące, ocierając z porannej rosy zaspane motyle. W myślach nazwałem ją Jenny.

Kiedy tylko zamknęły się za nią wrota i wcisnęła guzik, powiedziałem, żeby się ode mnie odsunęła, po czym sam odsunąłem się jak mogłem najdalej. Tak to działa, że im bardziej je odpychasz, tym bardziej je przyciągasz. Tak działa chemia miłości. I wtedy patrzę nań. Patrzę coraz intensywnie. Po kilkunastu sekundach usilnego patrzenia przechodzę do następnej fazy operacji. Między pierwszym a drugim piętrem puszczam oko. Perskie oko, mojej księżniczce Teheranu. Ona nic. Puszczam zatem drugie. Więcej oczu nie mam,
nie licząc tajemnego trzeciego oka spokrewnionego z szóstą czakrą,
więc puszczam parę z ust:

– Gdzie taka atrakcyjna młoda dziewczyna jedzie o tej porze sama?

Oznajmia, że na czwarte. Ale ja oglądałem poradnik uwodzenia, na którym łysy pan pokazywał, że z laską to trzeba jak taki skurwysyn, łobuz troszkę, więc wypada się podroczyć. To jak ona że na czwarte, to ja na to, że może jednak na drugie, drugie jest o wiele bardziej urokliwe i ja z chęcią jej to piętro pokażę. Ale ona tylko, że półśrodkami się nie zadowala i jedzie na czwarte, nie i chuj, tak się wyemancypowała. Po chwili dodaję:

– Jesteś najpiękniejszą kobietą na tej trasie, a uwierz mi, znam ja bardzo dobrze.

Ona żebym się leczył na AIDS, bo na głowę za późno. Ale, powodowana ciekawością, wkrótce zapytuje:

– Najpiękniejszą dzisiaj?

– Nie, wczoraj – odpowiadam.

W tym momencie zaczyna reflektować, z kim ma przyjemność. Zakłopotanie ustępuje miejsca fascynacji. Zdradza ją rumieniec. O Zegarmistrzu Światła śpiewano przecież pieśni, który zna każdy na tej ziemi, pod tym niebem.

Zapada nieznośna cisza. Dla niej, bo zaczyna pękać psychicznie. Tymczasem me komórki scalają się z hormonem męskości na poziomie molekularnym. Ding-dong. Trzecie piętro. Dekompresja. Drzwi otwierają się same za sprawą technologii. Później zamykają powodowane tą samą tajemniczą energią. Na niej jednak nie robi to wrażenia. Ona nie jest materialna. Ona jest eteryczna. Ding-dong. Przeciążenie. Czwarte. Zastępuje wyjście, wciskam 0. Dziewczyna jest oszołomiona, ponieważ cofamy się w czasie i przestrzeni. Do pewnego stopnia ją rozumiem. Trzecie. Ponownie odcinam jej drogę wyprężoną piersią i wypiętym brzuchem. Do środka usiłują wtargnąć jacyś intruzi, macham im więc przed nosem legitymacją studencką, krzycząc, żem porucznikiem Borewiczem i zabraniam się zbliżać, gdyż prowadzę czynności. To zawsze robi wrażenie. Nikt nie chce skończyć jak Stonoga.

Na drugim udaję, że pozwalam jej uciec. W rzeczywistości nie odstępuję księżniczki na krok, gdy idzie zgrabnym krokiem w stronę schodów. Chryste, jak ona idzie, jak konie po betonie. A ja idę za nią, idę jak w zegarku, bo jestem samcem Omega. Mijam cenionego językoznawcę, który mimo wszystko był jak cymbał brzmiący, bo miłości w sercu nie miał. Dalej przebijam się przez tłum licealistów wizytujących nasze skromne progi. Przeklęta dziecięca krucjata, prawie straciłem z oczu Jenny. Dziewczyna nie zdaje sobie sprawy, że kieruje się wprost w moją pułapkę; mknie przed siebie jak strzała Amora z kołczanu namiętności. Po chwili jest już przy schodach, patrzy do góry, a tam pani z mopem z miną, jakby chciała jej tym mopem zajebać i na łeb wylać wiadro nieczystości. Schodami w dół też nie sposób, bo od dołu nadciąga kolejna sprzątaczka. Biorą studentów w śmiertelne kleszcze. To sprawdzona taktyka wojenna Scypiona Afrykańskiego. Niewiasta skręca w prawo, aby ukryć się w łazience. Ale nie wejdzie, bo kolejki jak do naleśnikarni w Poznaniu. A może jeszcze większe, bo za darmo.

Oblubienica nie ma wyboru: musi pojechać drugą windą albo zrezygnować z marzeń. A tą windą jedzie się miesiącami. Tak, to jest paradoks czasoprzestrzenny. Gdy znika w wehikule czasu, ja kieruję się z powrotem do pendolino i zjeżdżam na parter. Jednym prostym sposobem zakrzywiłem czasoprzestrzeń. Astrofizycy po dziś dzień mnie nienawidzą. Niespiesznie przecinam hol i ustawiam się pod drzwiami przeciwległej windy, którą prędzej czy później zjedzie moja wybranka na nasze zaślubiny z wiecznością.

W końcu orzeł wylądował. Drzwi windy uchylają się, z wnętrza wysypują się lenie śmierdzące oraz desperaci. Na końcu Ona…

– Czy byłaś na samej górze, zakosztowałaś wszystkiego, co ten smutny kraj ma do zaoferowania? – zapytałem.

Próbuje mnie minąć, ale czuje się z tym niedobrze. Jakby mijała się z powołaniem.

– Tak, byłam, odpierdol się ode mnie, ja cię bardzo proszę – odpowiada nerwowo.

Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości.

– Pozwól, że zadam ci kilka pytań i będziesz wolna – kontynuuję uparcie.

Milczy. Ale nie odmawia.

– Więc przybywasz z czwartego piętra, a teraz jesteś na parterze, tak?

– No…  –  odpowiada.  –  Błagam cię człowieku, tu potrzebny jest lekarz…

Na miłość nie ma lekarstwa, skarbie.

Filuję w jej oczęta głębokie jak studnia Józefowa. Na brwi jak nieśmiałe syberyjskie krzewinki. Na nosek niewinny, co smarków nie zaznał. Patrzę i nachodzi mnie myśl metaforyczna, poetycka, ale brutalna, bo skąpana w prolaktynie i luteinie.

– Bolało jak spadłaś z nieba i przestałaś być aniołkiem? Jak runęłaś ze sklepienia i zabiłaś dinozaury, jak żeś, Skarbie, pół Syberii nad Tunguską, całe nadleśnictwo wykarczowała?

Zgodnie z planem zaczyna uciekać. Szybko zyskuje kilkanaście metrów przewagi, ale ja mam dłuższe nogi i trzydziestominutowy, przy obecnej prędkości i grawitacji, zapas męskości. On daje mi siły nieznane śmietelniczkom i niezmotoryzowanym. Po chwili jestem tuż za nią.

– Słuchaj – mówię jej prosto w kark. A kark, nawet u perskich księżniczek, jest niebezpiecznie blisko uszu. – Zastanów się… pamiętaj o tym, czego się dzisiaj nauczyłaś. Chociaż w życiu często jest pod górkę, nie wybieraj stromych stopni…

Jenny zaczyna zwalniać. Jej drewniaki zdają się wystukiwać miarowe pat-riar-chat, słodką melodię uległości. A może tylko mi się zdaje, gdyż w uszach dudni mi złowieszcza pieśń pradawnych Lechitów, zdobywców Atlantydy. Dziewczyna zatrzymuje się. Mam już pewność, że jesteśmy dla siebie stworzeni.

Zrozumiałem, że Jenny to dziewczyna z wieżowca.

 

Posłowie

Na wydziale od dawna dochodziło do anomalii czasowych. Niektórzy siedzieli po kilka lat na drugim roku, inni przerabiali cztery semestry w dziewięć miesięcy. Byli też tacy, którzy znaleźli się na magisterce bez licencjatu. Swoje wykłady prowadzili sześćdziesięcioletni doktor i czterdziestoletni profesor. Do tej pory nikomu nie udało się tego wytłumaczyć. Być może ta historia miłości dwojga młodych ludzi pozwoli potomnym rozwiązać jedną z największych zagadek humanistyki i fizyki kwantowej.

Dodaj komentarz