Tęczowi malarze, czyli opowieść z dreszczem. Zawiera emocje

Och zaczekaj synku teraz moja kolej nadchodzi będę bardzo wesoła i przyjacielska przy tym Och ale zapomniałam o tej krwawej zarazie tfu nie wiadomo śmiać się czy płakać jesteśmy taką mieszaniną jak groch z kapustą będę musiała włożyć stare rzeczy tym lepiej będzie ostrzej on nie zauważy czy zrobił to czy nie to dosyć dobre dla ciebie byle jaki stary łach a potem zetrę go z siebie jakby nigdy nic te jego wydzieliny potem wyjdę niech się gapi w sufit gdzie ona teraz poszła…

~ James Joyce, Ulisses

Strumień świadomości to straszliwe zwyrodnienie, powinno się to leczyć.

~ Czytelnik Jamesa Joyce’a

Ludzie rodzili się, cierpieli i umierali.

~ Joseph Conrad albo dziewczyna z tumblr

Speluna „Jeszcze setka i karetka” była najobrzydliwszym lokalem w całym Zdunowie Jaśniepańskim, co było prestiżowym wyróżnieniem w kategorii wynaturzenia, bo miasto to piękne przecież nie jest i nigdy nie było. Mordownia powszechnie nazywana była „pijalnią alkoholu dla bezdomnych”, gdyż wspomniani przychodzili do niej tłumnie i otrzymywali, po podpisaniu umowy z prosektorium, w którym na śmieciówce robił barman, po łyku piwka.

W melinie tej, przy spróchniałym stole, przy wybitej szybie, zasiedli dwaj mężczyźni. Jeden elegancki, trochę jak Szczepan Twardoch, i też robił takie męskie miny. Drugi zwyczajniejszy, bardziej jak Żulczyk, do tego cały ubłocony, przez co pasował to wystroju wnętrza. Elegancki mężczyzna, nadkomendant Amant, kochanek przemocy i aliteracji, patrzy w oczy brudasa po drugiej stronie stołu. Wie że Florian zabił. Florian wie, że ten wie. Przecież sam mu o tym powiedział. Ma świadomość, że policjant nie może go aresztować, chociaż obaj pragną tylko tego, żeby wylądował w jakiejś Berezie Kartuskiej, jak najprędzej i na jak najdłużej.

Z zewnątrz, z posępnej ulicy, dociera nagle do uszu obu mężczyzn złowieszcza pieśń prekariatu, rytmiczne postękiwanie Taco Hemingwaya. Policjant odruchowo porwał się na nierówne nogi i wyszarpał z kabury pistolet. Wyjrzał przez dziurę w szybie, pobladł i zastygł wreszcie jak galareta na cieście.

*

Na plac budowy domków jednorodzinnych, gdzieś na przedmieściach Zdunowa Jaśniepańskiego, wjechał, charcząc jak chory piesek, czerwony fiat uno, najszkaradniejszy bękart Mussoliniego. Wysiada z niego trochę zarośnięty, trochę łysawy mężczyzna, zwyczajny tak, że nawet nie poznaje siebie w lustrze, a może to tylko brak świadomości podmiotowości. Mężczyzna trzaska drzwiami tak, że smutne wróble podrywają się znad kałuży z błotem, trzaska i krzyczy, kur…, ja pier…, krzyczy tak do tych roboli, co mu elewację malują. Miała być pobielona ściana, niebieski dach jak u bogatego arabskiego kupca. A tu na dachu świata syfiasta papa, a ci kretyni pędzlują elewację, pędzlują pijani w dym, na żółto i zielono, jeden młody, pomocnik, od dołu na zielono, drugi, starszy, bardziej pijany, majster od góry na żółto. On dalej, że kur…, ja pier… a oni, że o co chodzi, wiele hałasu o nic, przecież ładnie jest. Wtedy mężczyzna zrozumiał, że przecież oni są ślepi od picia alkoholu metylowego. I jest zły, bo sam trzeźwy, gdyż autem. Podbiega do drabiny, krzyczy, że won z drabiny skurwysyny, trzęsie, turbulencje, majstrzy spadają, mrą, broczą, szok, niedowierzanie, krew na ścianie. Facet patrzy, co uczynił, cholera jasna, jeszcze tego czerwonego tu brakowało.

Słońce znika za pobliskim pustostanem, co znaczy, że trochę czasu upłynęło. Ciała przykryte workami od cementu, radiowozy, śpiew syren, policjanci zabezpieczają miejsce kaźni, odgrodzają taśmą, z braku laku przezroczystą, dwustronną. Florian rozmawia z komisarzem Reksem. Mundurowy przedstawia się jako pracownik miesiąca, najlepszy z tysiąca. Wyraża ubolewanie z powodu ściany. Mówi o tych dwóch, że jakby nie spadli, to by się na śmierć zapili. Florian po straszliwej walce wewnętrznej oznajmia: „jam jest temu wszystkiemu winien”. Komisarz Reks na to, że tak, trzeba patrzeć, kogo się zatrudnia, ale kto by pomyślał, że to takie męty…

Policjanci biorą dupy w troki. Reks mówi, że jutro przyjedzie po ciała betoniarka, i tak nigdzie nie uciekną, są już w Valhalli. Mężczyźni podają sobie dłonie i marszczą skronie. Komisarz Reks wchodzi do auta i odjeżdża, znaczy prawie odjeżdża, bo się zakopał w błocku, Florian popycha, popycha szczęśliwy, bo wie, że nabroił, i wie, że jest nietykalny.

Kilka dni później w gabinecie nadkomendanta Amanta. Mężczyzna robi miny i przegląda raporty. Przerzucając kolejne kartki, przeklina z aprobatą. Są dobre jak chleb. Tylko nie ten jeden. Zamyśla się. Coś tu nie gra. Radio. Włącza kasprzaka, a tam tyryry „Lato z radiem”, Janusz Weiss i Celine Dion. Nadkomendant Amant na powrót zagłębia się w lekturze. Przez otwarte okno wpada nagle do pomieszczenia piosenka Taco Hemingwaya i truje powietrze. Ktoś stanął na światłach pod komendą i wstydu nie ma, na cały regulator puszcza. W gabinecie nastaje kakofonia. Policjant podchodzi do okna, wyciąga z kabury berettę i strzela dziesięć razy. Koniec koncertu. Fryderyków nie będzie. Wzrusza się na myśl o tatusiu, który też strzelał do studentów. Rozczulony, pragnie przeładować i strzelać do wściekłych kobiet, które nie rozumieją prawa ulicy, ale macha ręką z rezygnacją, zasiada przy biurku i nuci tyryryry lato z radiem. Po chwili sięga po telefon, prowizorkę, ze sznurka od prania i puszki po świątecznych brzoskwiniach, i rozkazuje, żeby dali mu tu komisarza Reksa.

Fatalna sprawa, opowiada Reks, spoglądając na rzucony z pogardą raport, ściana nie do naprawienia, jakby się uparł, to by jeszcze rodziny denatów mógł pozwać o odszkodowanie. Ale Reks, tu coś śmierdzi, a wietrzyłem, przesłuchałeś świadków? Budowlańcy spadają jak bomby na Wieluń. Przesłuchałeś? Tak, świadków było wielu, ale wszyscy ślepi, gdyż gówno to samo pili. Z uszami też zresztą coś nie tego. Dobra idź mi stąd, komisarzu Reksie, taką ja mam z ciebie pomoc. Reks wychodzi. Śmieje się, ale plecami w twarz komendanta, bo coś knuje i nie chce się póki co zdekonspirować.

Noc, a nocą, gdy nie śpię, wychodzę, choć nie chcę, spojrzeć na chemiczny ślad, tak sobie melodyjnie parafrazował Florian, wałkując wałkiem elewację domku. Uwzględnił wszystkie czynniki, mające wpływ na równomierne rozprowadzenie farby śnieżki, z wyjątkiem okrutnej klątwy przewracających się w grobie malarzy. Co zamalował, to po chwili przebijały na wierzch żółte i zielone plamy. Przynajmniej krew się zmyła. Ale to marne pocieszenie. Zieleń był zgniła, żółć – wątrobowa. I dłonie takowe. Dłonie niemożliwe do wyczyszczenia. Dłonie przypominały o zbrodni. Florian z każdym ruchem wałka zapadał się w odmęty szaleństwa i nieopłacalnego budowlaństwa. Wyrywał kudły. Wariował. Zaczynał słyszeć włosy. Kazały patrzeć mu na dłonie, stosowały retorykę gender, zwąc go Lady Makbet. Florian chce zmyć winę rozpuszczalnikiem, nic to to nie dało, napił się tego rozpuszczalnika dla kurażu, bo do niczego innego się nie nadał, i wsiadł w swojego fiata uno, niezawodnego jak włoski żołnierz. Ruszył w stronę komendy policji, a gdzie niby miał jechać w tej historii.

Florian tęczoręki przyznaje się do zabójstwa malarzy, komisarz Reks na to, że jak to tak, przecie jak wół stoi, że pijani spadli z drabiny. Ale to ja w przypływie złości te anioły z nieba strąciłem, odpowiada Florian. Pan jest pijany, ja pana nie słucham mówi Reks, rozpuszczalnik zwietrzywszy. I dowiedziałem się, żeś pan leczył się psychiatrycznie. Ze strumienia świadomości. Wstydliwa sprawa. Florian coś skomle. Reks zatyka uszy i kręci głową jak małe dziecko, nie słyszę, nie słyszę, nie słyszę, powtarza do znudzenia. Florian wybiega z pomieszczenia, krzyczy, że jeszcze wszyscy zobaczą, zobaczą a wszyscy patrzą, patrzą i nie wierzą. Funkcjonariusz w dyżurce przez przypadek polajkował zdjęcie dziewczyny, którą stalkował; sprzątaczka nieomal nie dostała wylewu pomyj z wiadra. Florian wybiega z budynku.

W tym czasie komisarz Reks wizualizował sobie zawalającą pół korytarza dmuchawę do liści, bo posiadając taką oto dmuchawę do liści, łatwiej marzyć o przytulnym domku z rajskim ogrodem. Wszystko dzięki free to play grze w policję, w której to punkty otrzymywane za zamknięcie śledztw, wymieniać można na modne gadżety.

Dźwięk SMS wyrwał Floriana ze płytkiego snu w głębokich mrokach sutereny. Chciał na powitanie kopnąć żonę, bo kto się czubi, ten się lubi, ale jego stopa wbiła się w próżnię. Żona odeszła, bo nie na taki dom brała kredyt, bo nie takie dłonie głaskały ją niegdyś. Zaspany nieszczęśnik odczytał wiadomość: WITAM SPRAWDŹ ONET PL WP POZDRAWIAM REKS. Florian sprawdził. Wodecki nie żyje. Wodecki żyje. Wodecki nie żyje, a mógłby jeszcze pożyć. Wodecki żyje, ale co to za życie. Pyrkon w Poznaniu. Pyrkoff w Grabinie. NIE BAWIĄ MNIE TE ŻARTY REKSIE. FLORIAN. SPRAWDŹ TERAZ. POZDRAWIAM REKS. Florian sprawdził ponownie. SEKTA MALARZY-SAMOBÓJCÓW W LUBUSKIEM, donosił Onet. TĘCZOWI MALARZE MALOWALI, PILI, SPADALI, informowała Wirtualna Polska. NIE, NIE, NIE krzyczy Florian, tak samo jak krzyczał wczoraj komisarz Reks, kręcąc głową, niby dorosły facet, a jednak dziecko. Założył szlafrok i wybiegł szybko z domu, po chwili zwolnił, bo się zdyszał i zapocił.

Świtało, gdy Florian dotarł na miejsce niedawnej zbrodni. Na powstającym osiedlu musiał przecież być ktoś, kto nie pił metyli i widział i może go sprzedać, byłby jego najsłodszym Judaszem. Może chociaż jakiś zabłąkany narkoman… A co to? Jego dom, jego pogrzebane marzenie o domku pobielanym, niebiesko odachowanym, jego Sidi Bou Said niedoszłe, teraz, w tej chwili właśnie, przez obcych ludzi brukane? Ekipa budowlańców, jakieś extreme makeover, wykłada mu elewację kafelkami. Ludzie, powariowaliście, co tu się odpie… kim wy jesteście, co to jest? Rubin Cieniowany, najwyższej jakości klinkier, tako rzecze Bob Budowniczy. Ludzie! Litości! Państwo w państwie! Pozdrowienia od komisarza Reksa, zrobimy jeszcze kolumny w stylu korynckim przed wejściem na koszt podatnika, odpowiedział Bob Budowniczy w hełmie spod Verdun, chyba że pan wolisz w jońskim, tak igrał z nieszczęśnikiem pewny swej bezkarności skurwiel.

Florian ucieka, wszystko w nim się burzy, nurkuje głową w pobliskiej kałuży. Bulgocze. Zagrzebuje się w błocie. Jak Hipopotam. Ale hipopotamy nie potrafią pływać. Florian więc tonie. Nagle wyciąga go na powierzchnię silna ręka sprawiedliwości. I rzuca na pobliską glinę i nieczystości. Florian wygrzebuje zza powiek resztki mułu i wyciera palce o czoło. Patrzy, ale spojrzenie ma nadal mętne. Co to za elegancka postać, czy to student prawa, czy to, o rety, Szczepan Twardoch, znany pisarz i twórca min? Nie, to Nadkomendant Amant, elegant i aliterat. Mamy do pogadania, Ofelio – mówi doń – ale nie tutaj, podaj mi dłoń.

W „Jeszcze setce i karetce” upływał dzień jak co dzień, czyli dla wielu ten upragniony, ostatni. Florian przyznał się do wszystkiego nadkomendantowi Amantowi, przyznałby się również do wszystkiego innego każdemu innemu. Amant wybrał na spotkanie właśnie to miejsce, bo nawet jeżeli są tu jacyś szpicle Reksa, to już niczego nie widzą. Oficer wyjaśnił Florianowi, że Reks nie cofnie się przed niczym, aby zataić błąd w śledztwie. Jaki zresztą błąd, on kończy śledztwa przed dokonaniem przestępstwa. Ten człowiek to biologiczna karta do zbierania punktów, fatalna hybryda człowieka i sukcesu, złoty cielec analityków efektywności pracy policji. Tak tłumaczył Amant i epatował męskością. I wtedy, przez dziurę w szybie, do jego uszu przedarła się okrutna pieśń zamieniająca dzieci w prekariuszy. Amant nie rozpoznał piosenki, bo wszystkie były takie same. To Taco Hemingway, koszmar matek młodych dziewcząt i chudych chłopców. Elegant sięga po broń. Wygląda przez dziurę i momentalnie krzepnie jak krew na betonie, krew na betonie. Kaczmarskiego prekariatu puszczał, z telefonu za punkty, komisarz Reks.

Florian i Amant wybiegają na zaplecze lokalu, przeskakują sieroty i zgony, ścianę wystarczy popchnąć i już jej nie ma, takie to budownictwo socjalistyczne było. Tak też robią i już są na zewnątrz, w dzielnicy biedy, na ulicy Kurwy Nędzy. Amant wie,  że Reks znalazł ich, badając lampą z ultrafioletem ślady błota na jezdni. Chuj rybi zdobył już za walutę premium wszystkie kurioza. Mężczyźni przecinają wąskie alejki, wiatr odnowy wieje, rozwiewa styropian z rusztowań, biedne dzieci cieszą się, że pada śnieg, ale co z tego, skoro Mikołaj w te rejony nigdy się nie zapuszcza. Biegną, dyszą, za nimi komisarz Reks, cwałuje i pruje z karabinu szturmowego, pociski rykoszetują, kawki padają martwe, tynk odpada z kamienic. Wbiegają w ślepą uliczkę, mogą tylko skręcić w bramę, i już po chwili znajdują się na dziedzińcu twierdzy ludzkiej niedoli, placu otoczonym kamienicami, których Niemiec ze współczucia nie bombardował, a Rusek nie plądrował. Reks wymienia magazynek bębenkowy, pięćdziesięciokulowy. Przed Florianem zwęglony wóz strażacki, kamienica nieokreślonej wysokości, gdyż pięter ubywa codziennie drogą samozawalenia. W oknach mieszkań skacowane sine gęby, ożywione, bo od tygodnia nikt tu nie strzelał. W rogu dziedzińca komin niebotyczny od kotłowni, komin, z którego miejscowa ludność puszcza znaki dymne do niebios, z prośbą o łaskę lub o rychły koniec najlepszego ze światów.

Florian nie ma wyboru. Dobiega do drabiny kominowej. Serce tłucze jak niedobry ojciec. Dłonie kolorowe, przeklęte, zaciska na szczeblach. Pnie się wzwyż niezdarnie jak gąsienica po pniu. Za nim Nadkomendant Amant, jak wilk, wilk grzywiasty, czyli ani szybki, ani wytrzymały, jak zauważyli naukowcy. Na dole zatrzymał się komisarz Reks. Jego postać maleje. Czeka bydlak. Gdy byli już byli wysoko, co stwierdzili po rozrzedzonym powietrzu, gdyż okoliczne budynki są, jako się powiedziało, niewymierne, Reks zaczął trząść drabiną. Ten człowiek oszalał, trzęsie i robi ustami muzykę, najdzikszy dubstep, dźwięki naćpanych diabłów.

Czemu nie strzelasz, Amant, broń nas, on zrobi wszystko, żeby jego matactwa nie wyszły na jaw. To co mam to amunicja przeciwstudencka, nic nam po niej w obliczu tego rodzaju zwyrodnialców, odpowiedział policjant, zrezygnowany. Chryste, Amant, nie utrzymamy się tu dłużej, okoliczności nie sprzyjają. Mam pomysł, rzekł Amant. Słucham ciebie uważnie w tych opresyjnych warunkach, odpowiedział Florian. Jesteś gotowy zrobić wszystko, żeby pójść siedzieć? Oj tak, mówi Florian, chyba tak.

Ryła w oknach nie widzą Reksa, bo zasłania go sterta śmieci. Dostrzegają tylko dwóch kretynów na drabinie, tak się gibią, że zaraz spadną i nikt nie będzie płakać. To zapewne ci malarze samobójcy finansowani przez niemiecki kapitał, w szponach którego znajdują się media.

Słuchaj Florianie, to trudne, ale to jedyne rozwiązanie. Mamy tylu świadków. Musisz to zrobić, aby dokonać żywota w wilgotnej celi. Tylko w ten sposób zaznasz spokoju. Oj, kiedy, domyślam się, do czego zmierzasz i chyba jednak nie mogę… Wtem nadkomendant Amant wpija się kłami w kostkę Floriana, ten odruchowo kopie, trafia policjanta w szczękę. Nadkomendant zwalnia uchwyt, spada na twarz, jak spadają na twarz liście w domu bez miłości. Ale leżąc, wyszczerzył się jeszcze do Reksa połamanymi zębami, że niby on nie, z przyczyn obiektywnych, ale sprawiedliwość właśnie wygrała.

Jakiś czas później na jego nagrobku napisali, że tu jest pies pogrzebany.

*

Zakład karny, Florian w robotniczym komandzie specjalnym maluje więzienny mur. Stojąc na drabinie, pędzluje na żółty i zielony. Speszeni strażnicy odwracają głowy. Nagle do drabiny podchodzi drab wypuszczony po roku z izolatki, oczyszczony przez pewnego policjanta – MIAŁO BYĆ NA BIAŁO, KRETYNIE – krzyczy. Florian uśmiecha się zagadkowo, a może i głupio. Drab spogląda na niego z nienawiścią, zaciska pięści, ale zaciska je wyjątkowo słabo, gdyż w więzieniu karmią fatalnie, a bywa i tak, że nie karmią wcale.

Dodaj komentarz