Wszyscy jesteśmy doktorantami

Gdy ostatni z moich znajomych, Kamil, poszedł pracować jako ochroniarz na dworcu, podarował mi swojego smartfona. Wszak ręce od tej pory zajęte miał mieć paralizatorem, a dzwonić to i tak nikt do niego nigdy dzwonił, bo nikt go nigdy nie lubił. Od jakiegoś czasu Kamil realizuje się, szukając meneli w krzakach przy torach. Gdy złapie ich wystarczająco wielu, wysyła nieprzytomnych do Alberta. Ja również odnalazłem swoją pasję i to właśnie dzięki Kamilowi – łapię pokemony równie namiętnie, jak on łapie żulerię. Jako że byłem ostatnią osobą na świecie, która w to gówna gra, miałem realne szanse pokonać samego siebie i zostać mistrzem. Po tygodniu łapania szczurów w szambie postanowiłem udać się na pobliskiego orlika, aby z tych gnojków, co tam za piłką latają, uczynić swoją sektę bezmózgich pokeparobków.

Lecz gnojków na orliku nie było. Byli doktoranci w strojach doktoranckich. Doktoranci Frakcja Rewolucyjna. O Matko Boska Arystotelesowska, kto tak zmarnował nasze dzieci. Nie masz już niewinności i pokemonów, jest doktoranctwo. Dziesiątki doktorantów. Czym oni się żywią? Z czego oni żyją? W imię czego żyją? Wiedziałem, że muszę uciekać, zanim któryś z nich podejdzie i spyta, czy znalazłbym chwilę, aby porozmawiać o Żiżku. Lecz nie mogłem się oddalić, bo bezsens sytuacji był magnetyzujący. Wiele widziałem w życiu obrzydliwości, ale doktorantów grających w piłkę talerzami to jeszcze nie. Miotają mną torsje na samą myśl. To studia ludziom zgotowały ten los, a doktoranci talerzom.

Żeby oni tylko grali to pomyślałbym, że no trudno, może tak się teraz zbiera ETCS–y. Lecz znam ja ich parszywą metodologię. Oni przeprowadzali badania. Na małych talerzach. Badania. Bydlęta. Doktoranci. I wtedy naszła mnie myśl, żeby zamiast tych pokemonów, złapać wszystkich doktorantów i posłać ich do uczciwej roboty.

W pewnym momencie na środek boiska wszedł mężczyzna w czerwono-czarnej koszuli w kratę. Podniósł do góry dłoń i bydlaki przestali tłuc tramposzami w talerze.

– Stop, wystarczy – krzyknął. – To nie działa. Wszystko udowodniliśmy.

Doktoranci porzucili potłuczone skorupy jak wcześniej skrupuły i otoczyli doktoranta naczelnego. Ten przemówił:

– Jak widzicie, przyjaciele, myśliciele, talerza nie sposób kopać z uzyskaniem efektu aerodynamicznego. To świadczy o jednym: Ziemia nie obraca się w okół Słońca.

Zebrani kiwali głowami, jakby chcieli na święta zrzucić wszystek łupież. Doktorant-przewodniczący szczerzył się przyjaźnie, odsłaniając skruszone na długopisach jedynki.

– Piłka jest okrągła i wszyscy w okół niej biegają. Przecież to komiczne. Czy świat kosmiczny może być komiczny? Czy potrzeba nam innych dowodów na to, że ziemia nie jest okrągła?

Nie potrzeba. Śmiech. Spazmy. Degrengolada.

– Ale prawdziwy doktorant – kontynuował naddoktorant centralny – dowodzi swych racji na różne sposoby. Dlatego jest z nami naukowiec z Australii, co przecież nie byłoby możliwe przy Ziemi okrągłej, bo by kurwa spadł. Steve, come here my sweet doctorant.

Steve wystąpił z szeregu, stanął obok wodzireja i przemówił:

– I’m Steve.

Entuzjazm. Eutanazja.

– Mało tego – mówił dalej naddoktorant – Popatrzcie na modne uczesanie Steve’a. Z przyczyn oczywistych nie nosiłby takiej ładnej fryzury wisząc głową do dołu.

– Yes, yes, very attractive – mruczał Steve.

Owacje. Rozkosz intelektualna.

Konferencja trwała dalej. Mijały minuty, a we mnie wszystko co ludzkie stawało się obce i nie chciałem już nawet być mistrzem pokemon, chciałem tylko umrzeć, zostać skremowanym w spalarni odpadów i wsypanym do kociej kuwety.

Ale ostatnim wysiłkiem woli zacisnąłem cherlawe pięści i postanowiłem walczyć. Choćby z pogardy dla tych psychopatów, co piszą o ekologii na wnętrznościach ćwiartowanych drzew. Ja, mroczny rycerz herbu Czytasz? Nie idę z tobą do łóżka, bo mi lampka po gałach napierdala. Miałem przed sobą tylko jeden cel: poniżyć ich wszystkich, zadzwonić po rodziców, a ci już odstawią leniwe pociechy do pośredniaka.

– Przepraszam panów, czy przypadkiem nie potrzebują panowie natychmiastowej trepanacji czaszek? – zapytałem otwarcie, przeciskając się przez kordon doktorancki.

Za ogrodzeniem orlika zebrały się dzieci. Dzieci nie miały gdzie grać. Dzieci zaczęły płakać. Zapłakane poszły na studia.

Odpowiedział mi ten najbardziej dialektyczny, właśnie ten ich pierwszy wśród z doktorantów, ostatni wśród ludzi.

– Kiedyś pan się wybierzesz autostopem dookoła świata i spierdolisz się pan w otchłań niezbadaną. I nikt nie będzie żałował.

–To podłe insynuacje – odpowiadam mimo wszystko podekscytowany wizją niebezpiecznej przygody. – To tak teraz wyglądają wasze Erasmusy?

Ten zignorował moje pytanie, zamiast tego wypowiedział słowa, których nikt nigdy nie powinien wypowiadać.

– To my, najbardziej niszowi z doktorantów. Do naszej specjalności nie ma nawet literatury. Naszej specjalności nawet nikt nie bierze na serio. My nawet nie wierzymy sobie nawzajem i to nas łączy. Każdemu, kto spróbuje nas powstrzymać, założymy kaganiec oświaty.

– Jesteście podnaukowcami… postinteligentami – wyszeptałem rozpaczliwie. Czułem, że tracę resztki pewności siebie. Chciałem odwrócić się i uciec, ostrzec ludzi przed galopującą intelektualizacją codzienności, lecz nie byłem w stanie. Dwaj doktoranci przyczołgali się dyskretnie i chwycili mnie za kostki. Jeden z nich zatopił w mej łydce zęby mądrości. Na karku poczułem ciepły oddech innego doktoranta. Był wilgotny. Oddech, doktorant niekoniecznie. Złożył ten doktorant swym oddechem perwersyjny pocałunek dyskursu na mojej bezbronnej szyjce.

Za mną, dookoła mnie, wszędzie – doktoranci. Rozmnażają się nienaturalnie, przez studiowanie. Oni wyprą ludzi z ich naturalnych środowisk. I ja też przepadłem.

– Dołącz do nas, dostaniesz e-papierosa i biret – zachęcił Arcydoktorant.

Parszywcy… kuszą rajem… Niespodziewanie w mojej głowie zabrzmiał głos, powtarzający jak mantrę różne świństwa: referacik, arbitralność, kognitywny, publikacja… Głos znajomy… Chryste, to głos Taco Hemingwaya!

Spojrzałem na przywódcę naukowców zgoła innym już spojrzeniem. Teraz dopiero dostrzegłem, iż Arcydoktorant był piękny jak legendarny pokemon. I że wszyscy doktoranci są piękni. I zachciałem być taki jak oni…

Opadłem na kolana i wbiłem palce w trawę i błoto. Zdzierając do krwi paznokcie, prowokując tężca, ryłem swój pierwszy referacik.

Chór doktorantów zanucił podniosły hymn akademicki.

– Jeszcze przyjdą czasy, że znowu będziemy palić na stosach… – rzekł któryś z doktorantów, po czym pogrążył się w posępnej quasi-doktoryzacji.

Wtem od strony owianego wstydliwą sławą kantorka ciecia Wiesia nadeszła kobieta pulchna a uczciwa. Kobieta bardzo matczyna. Koniecznie matka któregoś z nich. Matka wyborna lub matka wyrodna – bez znaczenia, żadna matka nie zasłużyła na taki los. Mówi tak matka najboleśniejsza ze wszystkich matek, świadoma, że wydała na świat antychrysta:

– Florian , błagam Cię… tatuś powiedział, że wam wpisze co tam chcecie, nawet fakultet otworzy, tylko proszę, wyślij kolegów na jakąś konferencję, bierz zastawę i wracaj do domu. Nie możemy dłużej jeść z podłogi, nawet w imię przygody intelektualnej…

– Zamilcz kobieto, nie znam cię, pochodzę od małpy – burknął Florian.

– Synku, ja ci słoiczki….proszę… talerze…

Lecz Florian matki nie usłuchał, ponieważ w matkę nie uwierzył. Bo matka, choć miłująca, była kulista.

Dodaj komentarz