Patocytatoza tumblerowa

Wlokę się tym kiblem i wszystko przypomina koszmar, nawet nazwy mijanych stacji przeklęte. Piła Główna. „Piła Gówna. Dramat bezdomnej alkoholiczki”. Ten pociąg to już ledwo jedzie, tak się swoim składem brzydzi, niechby go na żyletki przerobili. A jak w przedziale wakacyjnie: jebany żar tropików. Zaduch łamie nos, płuca się zapadają. Płacze czoło, lamentują skronie.

Tak trzęsie, że działam jak zraszacz. I zraszam kobiecinę siedzącą na przeciw, staruszkę starą jak grzech. Niech ma za swoje. Za to ciepło całe i zachowanie niestosowne. Dlaczego ona, zamiast do Hefajstosaa się modlić, telefonem się bawi, i skąd ma taki telefon skomplikowany, czy młodość uosobioną okradła? W co ona pyka na tym smartfonie, w „Olimpiadę w Berlinie”?

I ona zajmuje się telefonem a ja boleśnie zajmuję się żarem. Nie otworzyłem okna, bo wiem jak to się kończy z takimi w przedziale. Dla nich 33 stopnie to hipotermia. Siedzi sobie taka i drwi z mojej młodości skwierczącej. ONE nigdy nie pozwalają otworzyć okien. Czego ONE się boją? Dekompresji gwiezdnego wahadłowca? Uszu przewiania, następstwem tajemnych głosów niedosłyszenia? Tyfusu z sąsiedniego wagonu na pastwiska się przedostania i mlekodajnych krów ubicia?

Nie wytrzymam. Wstaję, choć to wyzwanie, bo przykleiłem się do oparcia, tak jesteśmy złączeni jak hybryda spoconego mięsa i plastiku, i tylko tyle stanowię, bo duszę zostawiłem na oszczanym peronie. Rozwarstwiam się, a brzmi to nienaturalnie i obrzydliwie. Skaczę do uchwyty przy oknie. Szarpię za ten metal zafajdany, zalepiony brudem pokoleń, otworzę, choćbym syfa złapał. Targam wściekle. Otworzę. I chuj. I nie otworzę. Zapieczętowane jakąś klątwą. Siadam znowu na ukleisku. A staruszka się uśmiecha i mówi:

– Mówisz, że kochasz wiatr, a zamykasz okno, gdy zaczyna wiać…

– Co kurwa? – pytam zdumiony, gdyż mógłbym przysiąc, iż kobieta deklamuje Helveticą.

– Niech wiatr rozwiewa me śpioszki, bo sen to kuzyn śmierci…

Wybucham:

– Co też babcia, z katafalku na łeb spadła? Właśnie próbowałem okno otworzyć, rozumie babuszka? Antychryst powrócił i wietrzy na pokuszenie starych ludzi.

– Nie jestem taka jak inne… – odpowiada staruszka. – Nie taka łatwa jak inne…

– O ja pierdolę, więcej tych wielokropków nam tu potrzeba.

Roztopiony mózg spływa mi do skarpet. A tam, na dole, bracie, nagrzewnica gorejąca, pierdolona.

Babulka podnosi wzrok znad telefonu i kontynuuje:

– Boisz się powiedzieć ludziom, co naprawdę czujesz, i to cię niszczy…

– Otwarcie mówię: czuję odór palonego ciała.

 …nie zabiorę cię wysoko, ale możemy spaść razem…

– Przecież już jesteśmy w piekle, niżej tylko nagrzewnica, co babci kapcie zwęgla.

Patrzę na jej łapę plamistą, wątrobową, wężową, co telefon dzierży i nagle mnie olśniewa:

– Czy przypadkiem nie ma pani Szymborska smartfona po wnuczce?

– Ludzie dają nam czasami więcej, niż jesteśmy w stanie udźwignąć…

– To ja już wszystko rozumiem, pewnie posiada starowinka m2 w centrum, a wnuczka była na wakacjach.

W tym momencie, potykając się o brud na podłodze, nadszedł konduktor.

– Co, ciepełko królewiczowi, chciał studencik osobóweczką pojechać, ale osobóweczka nie jest dla pizd… Ojojoj, ciepełko, tak?

– Owszem, ścięły mi się wszystkie białka, a pani prekambryjskiej gorzej, bo dostała patocytatozy tumblerowej. Otwórz pan to okno!

– Przecież ONE nienawidzą otwartości okien – odpowiada nieśmiało.

– Panie, straszna choroba, jak pan nie otworzysz, już wkrótce…

Nagle słychać wyraźnie słowa budowlańca z końca przedziału: „…jak na placu z chmury pierdolnie…lubię deszcz, bo w deszczu nie widać moich łez”. Drugi na to, że „najmocniej pada na tych, którzy zasługują na promyk słońca”.

– O kurwa – potwierdził konduktor. – Straszliwa choroba, zlikwidowanie gimnazjów nic nie dało.

Po sekundzie był już przy zapieczętowanym oknie i rozpoczął rytuał. Tu nacisnął, tam podważył, trochę pokurwił i otworzył. Tego mnie na studiach nie nauczyli. Następnie wyszarpał telefon staruszce w pół wersu i ten po chwili wyfrunął przez okno jak biały gołąb z ubojni drobiu.

Safona senior zamarła.

– Czy teraz staruszka zazna egzystencjalnego spokoju? – zapytał konduktor.

– Ależ skąd – odparłem. – Jej serce znowu tłoczy ciekły azot. Niech pan posłucha, zaczyna się:

– Przewieje… nie dla mniejszości tlenowej w powietrzu… kiedyś młodzież była lepsza… zamknąć okno, kto bierzmowanie przyjął… ogrzewanie prawem… nie towarem…

– Z czego pan się cieszy? – pytam rozbawionego konduktora.

– Bo tak się składa, że…

– …że co?

– Mamy 289 minut opóźnienia, hehe.

– Ty chuju – odpowiadam. – Wy to robicie specjalnie.

– Bon voyage, vita buer lecitin – odpowiada cynicznie i odchodzi, potykając się o swą godność.

– Bydlaki, gówniarze, chuligani, hitlerowcy, samcołożnicy – krzyczy staruszka tonem Kasandry – uszu przewianie, ciała przeziębienie, okien uchylenie…

A pociąg osobowy marki kibel stanął na skutek dekompresji na zapomnianym przez chłopów i kartografów polu, między jedną stacją widmo, a drugą stacją, która pewnie też zamieni się w widmo. Do tej pory pewności nie mam, czy wszystko to wydarzyło się naprawdę, czy było jedynie fatamorganą i prawdziwy był tylko niezmywalny brud oraz mój odnagrzewnicowy udar mózgu.

Dodaj komentarz