Miłość w czasach kaszlu

Co było pierwsze – tabletki czy kaszel? Katował się Kuba tym pytaniem teraz, gdy dogorywał, i katował się nim już dużo wcześniej, na ogół uznając, że kaszlu nie było nigdy, za to tabletki były zawsze, zatem łykając cały blister na raz, zwykł przywracać kosmiczną równowagę

Zaczęło się najzwyczajniej. Uczeń I klasy jednego liceów w Zdunowie Jaśniepańskim, Kuba, zakochał się w smutnej Asi. Asia była typem kobiety fatalnej, zwłaszcza dla siebie samej – zaczęło się od Trójcy Świętej Alternatywnej Młodzieży, czyli Kocyka, Ciepłej Herbaty i Dobrej Książki. Z czasem było coraz paskudniej: dziewczyna czytała namiętnie, przeważnie wszystkich znanych samobójców. No może oprócz Hitlera. Zapewne czytałaby nawet blogerów, gdyby tylko mieli więcej odwagi.

A Kuba był głupkiem, chociaż sympatycznym. Podczas lekcji miłował plecy Asi spojrzeniem, a myśli jego były czyste jak łza kominiarza. W trakcie przerw kilka razy próbował powiedzieć ‚cześć i czołem’ dziewczynie, lecz ta od jego ‚witam, siemanko’ wolała całować się po kiblach z niedocenionymi artystami, czyli szesnastoletnimi raperami inhalującymi budapren, gdyż po nim kleiła im się gadka, chociaż za dużo przeklinali. Wobec tego stanu rzeczy uznał Kuba, że i on musi zacząć pisać smutne rzeczy, aby móc zakosztować słodkiej rozpaczy swej wybranki.

Pisanie szło mu opornie, gdyż znał ledwie cztery litery: ndst, a bez samogłosek to chuj nie poezja. Z pomocą przyszli znajomi z poprawczaka, podsuwając mu cudowne tabletki na kaszel, które nie dość, że unicestwiają kaszel, to przy 15- krotnym przekroczeniu dawki terapeutycznej eliminują większość problemów, a przy 30-krotnym – nawet ten największy, czyli życie.

Zdesperowany Kuba żarł tabsy jakby mu mama kazała. Tabletki czyniły we łbie błogie kiełbie. Podczas gdy znajomi bohatera rozmawiali w szafach z Bogiem, jemu udało się okiełznać alfabet i spłodzić pierwsze nic nie warte poematy z miłością do Asi na pierwszym planie i polekowym zapaleniem trzustki w tle. W końcu nadarzyła się okazja, by chłopak utragicznił się w przekrwionych oczach dziewczyny i tym samym pozyskał jej dozgonny żal. Byli zaproszeni na tę samą domówkę. A on zadecydował świrować pawiana i odprawić poetycki performance ku czci Joasi.

Gdy spóźniony z powodu nieplanowanej śpiączki farmakologicznej Kuba dotarł na zatęchła stancję kolegi, młodzież celebrowała młodość – kilku gnojków chodziło już na powrót na czworaka, ktoś wymiotował komuś na głowę, a porzucony Youtube autoodtwarzał najgorsze gówno. Na kanapie, pod stosem ciał, leżała Asia. Kuba poznał ją po kształcie obnażonej kostki; jej gira zalotnie sterczała z poalkoholowej mogiły. Ukochana była w stanie ledwo żywym, czyli prawie szczęśliwym. Kuba wyciągnął ją za nogę na środek pokoju. Spała niewinnie i twardo jak uśpiony kotek, a to pech, gdyż deklamować jej teraz, w tym stanie, to niemal gwałt przez ucho, a on był przecież nieśmiały. Postąpił zatem w zgodzie z tym, co zapisane w Piśmie, Piśmie Ulotki: wyciągnął z kieszeni listek tabletek na kaszel, wyłuskał najpiękniejszą, i delikatnie, z manierą, wcisnął ją między rozchylone, sine usta dziewczyny. Ta przełknęła, wtem się ocknęła, ugryzła Kubę w dłoń i jęła go znieważać, że nie po to się zgonowała, by ją skurwysyn reanimował. Dodała też, całkiem nieżyczliwie, że jest zjebem. Na nic zdały się jego tłumaczenia, że nie może umrzeć, gdyż nie będzie miała już o czym marzyć, a życie bez marzeń, pewnie też śmierć, jest bez sensu. Asia wstała, splunęła wzrokiem w twarz i maszynopis nieszczęśnika, a następnie poszła się całować z jakimś zmartwychwstałym siedemnastolatkiem, któremu wczoraj zmarł sąsiad, bardzo nietypowy.

Odrzucony Kuba tłumił ból nawałem pracy twórczej. Na konkursy wysyłał wiersze białe, oraz te najbardziej intymne, pożółkłe, płynące wprost z poszarganej wątroby. Czekał cierpliwie, a czas gnoił jego rany, bo czasy były brudne.

*

Jeden z jurorów konkursu poetyckiego o Bursztynowy Rabarbar, pan Adam, wykładowca wuefu w zawodówce, dorabiał, konserwując powierzchnie płaskie pobliskiej apteki. Gdy wycierał jedną z najtragiczniejszych zgłoszonych prac upaćkane kafelki, wizytujący aptekę przedstawiciel firmy farmaceutycznej, który akurat schylił się po swoją upadłą moralność, dostrzegł potencjał perswazyjny bijący od w nieczystościach skąpanego wiersza. Pan Adam zgodził się ujawnić dane kontaktowe autora, jeśli tylko Goebbels lekomanii przysięgnie przed wejściem do lokalu wycierać swe utytłane makalony.

*

Perspektywa bezpłatnego etatu w magazynie leków (za to z open barem) i wyłączność na tworzenie haseł reklamowych wprowadzanego na rynek Kaszlodolu nadały egzystencji Kuby nowy wymiar magnetyzującego bezsensu. Czuł, że jest o krok od osiągnięcia wszystkiego, co ten smutny kraj, gdzie przez cały czas listopad albo kwiecień, ma do zaoferowania. Zaraz po ucieczce z odwyku, na który wysłała go szkolna pielęgniarka, chłopak zatrudnił się królestwie preparatów, maści od siedmiu boleści, tabletek na wszystko i na nic. Ochoczo dźwigał ciężkie kartony, a im więcej się częstował, tym kartony były lżejsze a praca przyjemniejsza.

Dla koncernu Kaszlodol okazał się być złotym strzałem w dziesiątkę. Szybko wyeliminował konkurencję i stał się liderem na rynku bieda-ćpania. Wkrótce w całym powiecie zwalczono tradycyjny kaszel, a jego miejsce zajął nieuleczalny i bezobjawowy kaszel fantomowy. Watahy zarażonej młodzieży snuły się ulicami Zdunowa Jaśniepańskiego w poszukiwaniu Kaszlodolu, jednak cały Kaszlodol w województwie okazał się być już spożytkowanym na halucynacje. Bezsilni rodzice w tym czasie upijali się melisą i przejęli opustoszały Internet.

Na tragiczną przypadłość zapadła i Asia i ją również dosięgnął kaszlodolowy głód. Pewnego razu, gdy szukała w lesie muchomorów, by ze sobą skończyć, niespodziewanie wlazła na właz prowadzący do podziemnego składu cudownych pastylek. W labiryncie pustych regałów dowiedziała się od pijanego ciecia, że ostatnie zapasy zjadł pracownik magazynu, postać legendarna, uzdolniony literat z amputowaną wątrobą. Po chwili Asia pędziła już przez jeżyny i śmieci w stronę szpitala, niezdrowo zafascynowana jego beznadziejną osobowością.

Asia, w czerwono-czarnej koszuli w łaty, wyglądała jak skrwawiona krasula, jak co druga alternatywna nastolatka w tych czasach. Lecz Asia była wyjątkowa. Na odsłoniętym przedramieniu dziewczyny szczerzyły się groteskowo rylcem wyryte podobizny Wojaczka, Stachury i Wata, chociaż Asia pewności nie miała, czy ten ostatni był artystą, czy elektrykiem. Istotne, że też wykorkował.

Jej wzrok zastygł na stosie opakowań po Kaszlodolu, ustawionych na taborecie przy barłogu, jeden na drugim, na kształt pogańskiego totemu. „Kaszlodol Senior – twój wnuczek już go bierze” „Kaszlodol Junior – bierz przykład ze starszych”, „Kaszlodol Man – chłopaki nie kaszlą” „Kaszlodol Woman – nie kaszl nawet w te dni” Asia z rozkoszą powtarzała w myślach słowa śmiertelnej wyliczanki. Przyjrzała się zezwłokowi na łóżku w klinicznej izolatce. Jednak artysta. I jak fatalnie zmarnowany. Nie umrze wszystek, zostawi po sobie pomnik nie ze spiżu, a z kartoników po lekach. Też nieźle.

– No kurwa, niezły kabarecik – zachwyciła się. – Grobowiec całych pokoleń… danse macabre… Pieśń o Rolandzie…

Wtem do sali wszedł lekarz i wykrzywił twarz na podobieństwo niedoli.

– Bardzo mi przykro – skłamał podle.

– Doktorze Judymie, czy jest jeszcze jakaś szansa dla tego oto szympansa?

– To ostatnia chwila dla tego oto debila.

– Ssss – spod maski z tlenowej zasyczał Kuba, jak musująca aspiryna utopiona w szklance wody.

Asia poczuła się jak gwiazda w dramacie psychologicznym na TVP Kultura, chwyciła więc Kubę za dłoń i wyszeptała doń czule:

– O ty, kurwa, klasowy głupku, ale się urządziłeś…

– Niech niewiasta zabierze te kartoniki, bo zaraz cała pediatra się zleci – rzucił lekarz i poszedł, ponieważ roboty miał nadmiar. Zbliżały się wakacje, a w Zdunowie Jaśniepańskim wprowadzono, na prośby wychowawców, akty zgonów jako suplementy do świadectw ukończenia klasy ósmej.

Kuba patrzył kaprawym okiem na dziewczynę marzeń i syczał miarowo, niby jak wąż, ale najedzony wąż spełniony.

– Posłuchaj, Jakubie, wiem, że się we mnie zajebałeś jak zakochany kundel – powiedziała w końcu Asia, gdy zostali sami. – Ale nie możemy być razem… I nawet nie chodzi o to, że zaraz umrzesz, chociaż faktycznie, to obiektywna przeszkoda. Ty się sprzedałeś. Martwy twórca, którego teksty były cenione za życia, gorszy jest od żywego, który niczego nie stworzył, bo to zawsze jakiś artystyczny bunt przeciw kapitalizmowi. Przejaw wrażliwości. Sztuka niepowstała jest najbardziej niszowa. A ciebie to już niedługo będą czytać po kurdyjsku, gdy Kaszlodol dotrze w pudłach z demokracją na Bliski Wschód. Co tam syczysz, żmijo pustynna? Że anonimowo? Ta twoja pycha, fałszywa skromność. Gardzę. Idź już do tego swojego podziemia, my nie o takie podziemie biliśmy się z myślami… no i jak mogłeś samemu wszystko wpierdolić?

Dziewczyna zamilkła, ponieważ uznała, że to trud zbyteczny, tak zagadywać na śmierć gościa w stanie krytycznym, kiedy i tak wkrótce anielski orszak jego duszę przyjmie. Niebawem Kuba faktycznie skonał i nazajutrz urządzono mu pogrzeb. Zakopano go pod apteką, gdzie jego talent dostrzeżono, w koszu na przeterminowane leki, bo leki dzięki niemu już się nie terminowały, a o kosz nadal potykały się staruszki.

Dziś już nikt nie pamięta, dzięki komu tradycyjnie kaszlących ludzi można spotkać jedynie w rezerwatach.

Dodaj komentarz