Potop. Nieznani sprawcy

Pozdrawiam seminarzystów donośnym „szczęść Boże”, wiedząc, że to nie tylko suche, ale i daremne, bo i tak pójdą do piekła. Studentom żart przypadł do gustu – w  kolejce po poczucie humoru przepuścili nawet gości ze studia Yayo. Krocząc dumnie, nonszalancko wysypuję z kieszeni zgniłe liście. Nie pierdolę się w tańcu. Siadam twardo w ostatniej ławce, rzucam ciężki, wypchany anarchią plecak na podłogę i z cicha pogwizduję rebelianckie szanty.

Studenci zdziwieni, lecz nie bardzo, przecież alternatywni do bólu, szczególnie istnienia. Profesorka zamilkła, stoi tak wyprostowana, nieruchoma i habilitowana. Nie poznała mnie i nic dziwnego. Minęło kilka lat, w trakcie których z dwudziestolatka przeobraziłem się w mężczyznę bez tożsamości, zawieszonego w bezczasie. Nie poznała mnie, ale wie kim jestem. Mój status zapewnia pełną swobodę. I perwersyjną uciechę.

–  Także… –  kontynuowała wykładowczyni po pauzie – czekam na państwa prace.

–  W tym kraju nie ma pracy – wykrzykuję. – W szczególności dla fanów Taco Hemingwaya.

Kobieta udaje, że nie dosłyszała, bo co ma robić? Studenci jednak są już o metr liny bliżej rytualnego samobójstwa w trakcie juwenaliów.

Zawieszam wzrok na obliczu złotego cielca dermokosmetyki. Profesor Malowana-Dyskurs, Lolita 50+, właścicielka dwóch ślepych buldogów i szesnaście lat starszego męża, który – umówmy się – również nie jest szczególnie spostrzegawczy. Kobieta gotowa jest zrobić wszystko, by końcu zostać zauważoną. Niech jeszcze przez moment błyszczy jak szkło w piaskownicy. Pozwalam.

Zaczyna się drętwa jak martwy prozaik gadanina o książkach. Zaraz jakaś studentka  polubi fanpage „Nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka”. No jasne, nie po to dziara sobie te wszystkie bon moty z Tumblera, by później pieprzyć się z analfabetą. Dla niepoznaki w dyskusji padają wartościowe hasła, dla przeciwwagi padają znużone śmiertelnie muchy, mnie zaraz na mózg padnie.

– Na chuj mi te imponderabilia? – pytam szczerze.

I pytanie to zadał sobie każdy z obecnych, i każdy zaniechał udzielenia odpowiedzi.

Prowadząca włącza rzutnik. W międzyczasie opróżniam puszkę piwa, gulgocząc wyzywająco. Profesor Malowana-Dyskurs wskazuje coś laserem na slajdzie prezentacji. Wyciągam z plecaka cegłówkę i celnym rzutem rozbijam projektor. I kto teraz powie, że polskim chłopakom brakuje luzu? Na twarzach kilku chłopaczków dostrzegam podziw i zazdrość. Nie trzeba się było tyle uczyć, kiedy się chciało cegły nosić.

Zajęcia toczą się jak kula u nogi galernika. Przestałem słuchać. Stawiam krzesło na ławce, wstępuję na nie i majstruję śrubokrętem przy jarzeniówkach. Niech napieprzają jak stroboskopy w remizie. Eviva l’arte, eviva epilepsja. Po chwili zeskakuję na żałosne gumoleum i podchodzę do kaloryferów. Skręcam na zero, bo bardziej nie mogę. Od zaduchu hipsterstwa jeszcze nikt nie umarł, otwieram zatem okno dla zainteresowanych.

Seminarzyści  podekscytowani, gdyż perspektywa lepszej przyszłości wzięła górę nad problematyką zajęć. Profesorka finalnie podjęła walkę, choć to jak porywać się z motyką na słonie.

–  Panowie Niepewny i Niewiara – zawyła błagalnie – biegnijcie do sali obok, do pierwszorocznych. Powiedzcie, że za pomoc w uratowaniu seminarium uczelnia oferuje zasiłek głodowy.

 – Ależ pani profesor…- zaczął Niepewny – ten zasiłek…

– Jest fikcją – dokończył Niewiara, burcząc.

– Ale oni jeszcze nie przywykli do głodu i zrobią wszystko dla widma ciepłej kajzerki – wytłumaczyła ta Dyskursem Wymalowana.

Niepewny nic nie odparł, Niewiara zaburczał z aprobatą. Ktoś mógłby nazwać go brzuchomówcą, lecz nie – to tylko skrajne niedożywienie i rezygnacja.

Studenci poderwali się na wątłe nogi, nie pisane im było jednak wypełnić rozkazu. Zdążyłem dać sygnał wspólnikowi. „No kurwa” odpisał automatycznie Bezimienny, gdyż Bezimienny to cyniczny automat.

Nagle syreny alarmowe zawyły jak w ogólniaku, gdy cieć miał kac humor i już wszystko gdzieś. Zasyczały zraszacze. Sufit płacze. Nad całym tym uniwersytetem.

– Na cud Jonasza! – zaryczała Malowana-Dyskurs z paszczy żywiołu.

– Uwolnić Barabasza – dopowiadam, po czym dopadam wieloskokiem do drzwi i otwieram je front kickiem.

Studenci wybiegają ochoczo, podskakując jak przezimowane w oborze krowy na zapach wiosennej trawy.

Zostaliśmy sami. Lolita 50+ patrzy na mnie jak bezdomny na domokrążcę – z maskowaną przez nienawiść niezdrową fascynacją. Wie, że na tej uczelni jestem nietykalny. Ostatnio Komitet Obrony Humanizacji próbował poszczuć mnie dziekanem. W odpowiedzi wymieniłem zamki we wrotach auli w trakcie wydziałowej wigilii. Piękna chwilo trwaj wiecznie. Jakby co wyjdźcie se oknem z witrażem.

W straceńczym olśnieniu poznała mnie ta Penelopa, przez tabuny doktorantów bez etatów adorowana.

– Czy nie mógł pan po prostu przyjść na poprawkę? – zapytała.

 Parskam szyderczo, do ust napływa mi woda, bulgoczę zaciekle.

– Mogłem. Ale nadeszła jesień i to było silniejsze ode mnie – odpowiadam, uparcie puszczając bąble.

– Grabisz pan sobie…

– Gdy tylko jest ku temu okazja – odpowiadam hardo, zarzucając  mokry plecak na ramię.

Brodząc w potoku wiedzy, opuszczam salę, zostawiając profesorkę w strugach błogosławionego deszczu, który obmywa akademicki humanizm z grzechu fałszywej użyteczności. Korytarzami instytutu spływają podręczniki, skrypty oraz całe archiwum prac dyplomowych. Ktoś chce pożegnać się z życiem, wrzucając do wody indeks elektroniczny, ktoś inny dryfuje na tratwie z dziekana, wiosłując ile sił jego zastępcą. Patrzę na ten potop i czuję dumę. Moi rodzice pragnęli, abym mimo niepowodzeń nie odchodził z uczelni. Zostałem. I to nie byle kim. Zostałem woźnym. Zostałem legendą.

Dodaj komentarz