Sylwester na ulicy Nędzy

Tego roku zdawało mi się, że ktoś zaprosił mnie na noworoczną zabawę. Myśl ta zapewne była jedynie skutkiem nadużywania ogólnodostępnych leków przeciwbólowych i pękniętego serca, jednak wydawała się tak śmiała w swojej oryginalności, że wraz z nadejściem wieczora ruszyłem w trasę labiryntem mokrych ulic, szukać tych, którzy mnie zaprosili.

Szedłem miastem i padał deszcz. Lubię deszcz, mówić do deszczu, w deszczu nie widać, jak pluję, gdy mówię. W rękach dzierżyłem czipsy cebulowe i osiem piw najtańszych o smaku goryczy. Serce pękało z każdym krokiem. Otworzyłem piwo i upiłem, by pękła i wątroba

Kiedy miałem oszczaną kamienicę przy ulicy Nędzy, drogę zastąpił mi niewielki mężczyzna, zgarbiony i pokonany. Spojrzał na me rozmokłe czipsy i zaprosił mnie na prywatkę w komnatach beznadziei.

Ależ to była zabawa. Kogo tam nie było? Nikogo prócz nas.

Usiedliśmy we dwóch w kuchni i zatopiliśmy spojrzenia w podłodze. W wykładzinie widniały niedbale zaklejone taśmą dziury wielkie i wściekłe. Obrzydliwe. Gumolit emanował niepokojem i tajemnicą.

– To gównoleum – rzekł człowieczek. – Każdy z przybyłych odrywa jego ohydny kawałek i kładzie go w portfelu w miejscu na zdjęcie ukochanej, która odeszła.

– Fascynujące. Czy mogę i ja?

Mój kompan kiwnął głową. Pochyliłem się i z namaszczeniem wpiłem się palcami w najgorszą wykładzinę na świecie. Szarpnąłem. Guma nie stawiała oporu, odchodziła płatami niczym skóra trędowatego. Urwałem nieskromny kawałek. Cenną relikwię złożyłem pospiesznie i skryłem w portfelu. W wykładzinie mego towarzysza widniała kolejna nieestetyczna wyrwa.

Zajrzałem w jej głąb. Z dziury ziała otchłań. Z otchłani dobiegały jęki. Znajome jęki.

– To jęki byłych kobiet – wytłumaczył człowieczek.

Spojrzałem badawczo w jego ślepia.

– Dlaczego, skurczony człowieku,  demony przeszłości wyją z wyrwy w twym gównoleum? To bardzo świeże i nietypowe.

– Tego mi nie powiedziały – odrzekł. Zawodzą tak przez całą noc, czasami gryzą.

– Sumienie? – zapytałem.

– Nie, pięty. Przecież to, kurwa, głębokie podziemie.

Złe dźwięki narastały, do gardła podszedł mi zły chmiel. Kobiety z przeszłości przejękiwały się jedna przez drugą, kompletnie popieprzyła im się chronologia.

– Jak je uspokoić? – zapytałem w końcu.

– O tak – to mówiąc, sypnął garść cebulowych czipsów w czarną dziurę.

„Ten człowiek oszalał” – pomyślałem. – „Tuczy je jak gołębię, a to przecież czysta metafizyka”. „Czy jest w tym szaleństwie metoda?”.

Po chwili  jęki przerodziły się w coś, co przypominało artykułowaną mowę. Gospodarz nasłuchiwał.

– Co one mówią? – zapytałem zaciekawiony.

– Że są inne niż wszystkie.

– Wszystkie?

– Owszem.

–  Zatem daj im jeszcze – odparłem.

Człowieczek spełnił moją prośbę. Po chwili z próżni dobiegł wydobywający się z wielu gardeł pomruki rozkoszy i kulinarnego zaspokojenia. Następnie kakofonia szeptów.

– A teraz? – zapytałem.

– Jednogłośnie orzekły, że pójdzie w cycki. A od jutra dieta.

Piliśmy do rana tanie piwo o smaku goryczy. Demony zwodziły, dręczyły, obżerały nas z chrupek. Gdy mrok ustępował jasności, mój pokurczony, nieszczęśliwy przyjaciel zdradził mi swą tożsamość – był Pogodnym Duchem Świąt. „Okej” – pomyślałem. – „Nie każdy musi mieć na imię Paweł”.

Nad ranem zalepiliśmy wrota piekieł izolacyjnym przylepcem. Wkrótce chwiejnym krokiem opuściłem lokum pokurczonego mistyka i wyszedłem, zmieniony, na ulicę Nędzy.

Na zewnątrz panował staceńczy gwar. Karetki zabierały zgony z chodników, zmarli ożywali w ambulansach i prosili o drobne. Rozbiegane dzieci z radością łapały w usta płatki obficie prószącego śniegu. Udawały, że nie wiedzą, iż to styropian opadający z rusztowań na najwyższych piętrach kamienicy. Tak było prościej przeżyć kolejny rok na ulicy Nędzy.

Dodaj komentarz