Solpadeina Hemingwaya

Wczorajszego wieczoru wypiłem osiem piw, oglądając norweski serial o młodzieży. Takie Skins dla pensjonarek. Z seansu zapamiętałem tyle, że wszyscy chodzili po domu w czapkach, a miłość uprawiali w polarowych bluzach. Związki bohaterów zatem do tych udanych nie należały.

Nad ranem zbudziło mnie niemiłosierne łomotanie w skroniach. Nie wiedziałem, czego się nałykać, aby sobie ulżyć. Na dobrą sprawę w apteczce nie miałem niczego, więc odruchowo zażyłem nic i popiłem je mineralką. Dla spotęgowania doznań założyłem czapkę wzorem skandynawskim. Interakcje jednak nie zaszły – łeb pękał nadal. Przypadek? Najwyraźniej.

Ściągnąłem kominiarkę, z obawy, że ktoś mnie zobaczy przez okno i pomyśli, że oglądałem norweski serial o młodzieży. Po jakimś czasie wypełzłem z domu, kierując się w stronę apteki.

W aptece po staremu. Złota młodzież: bojowe miny, dziewicze wąsy, permanentny suchy kaszel. Każdy bez czapki dostawał po kartonie Acodinu na święta, na kilkudziesięciu paragonach, celem obejścia ustawy. Ci w czapkach mieli mniej szczęścia – musieli zadowolić się tymiankiem z podbiałem, ale farmaceuta zapewniał, że dzięki zaawansowanej parapsychologii i tym mogą się naćpać.

Odstałem swoje, czekając na uprzejme „proszę” faceta w białym fartuchu.

– Bardzo mnie głowa boli – oznajmiłem, gdy nadeszła moja pora.

– W takim razie polecam Solpadeine, wszak jest pan jeszcze młody.

Przytaknąłem z aprobatą.

– Jest tylko jeden warunek. To doprawdy formalność, wnosząc po pańskiej studenckiej prezencji. Jest pan fanem Taco Hemingwaya, prawda?

– Nie słucham tego poety pijanych ulic – oznajmiłem skacowany.

Farmaceuta spochmurniał.

– Więc mogę zaoferować panu wyłącznie APAP.

APAP jest zdradziecki. Starsi panowie go biorą, bo niby taki łagodny dla żołądka, a później umierają. Nie ze mną te numery, Brunner. Nagle w zmiażdżonej głowie zaświtała mi przebiegła myśl. Odkaszlnąłem sucho, wstrętnie, poalkoholowo. Raz i wtóry. Farmaceuta odpowiedział, kaszlem mokrym, bagnistym.

– Czy pan pali, jeżeli wolno mi spytać? – zapytał podejrzliwie, jak już sobie pokaszleliśmy.

– Owszem. Non stop. I wszędzie. Chmurzę. Prowokuję.

– A co takiego pan pali, jeżeli wolno mi wiedzieć?

– Vaporaizer XD 800 Duo in Excelsis Deo. Olejki zerówki – mojito, ice pineapple, moulin rouge. To jak będzie z tą Solpadeiną? – zapytałem.

– Proszę bardzo – rozradowany aptekarz wręczył mi opakowanie tabletek musujących. – Niech pan zgłosi się z paragonem do Empiku.

Wróciłem do siebie i rozpuściłem w musztardówce dwie tabletki specyfiku. Ból głowy ustąpił w kwadrans. Żyłami popłynęła liryka. Moją świadomość produkowała kąśliwe, rytmiczne myśli. Po kolejnej porcji cudownego preparatu zacząłem gadać sam do siebie studyjnym, ciepłym głosem, a cokolwiek powiedziałem, rymowało się to wielokrotnie i na jedno kopyto. Aż mnie nosiło, by odpalić Google Street View i snuć narrację dla uwrażliwionych środowisk akademickich.

Po ośmiu tabletkach gotów byłem nagrać cztery płyty w dwa lata.

Dodaj komentarz