Jak poderwać super fitness laskę na siłowni

Niedawno zamontowali u nas na siłce takie zajebiste bieżnie do palenia tłuszczu i od razu zaczęły biegać na nich zajebiste fit laski. Szczególnie taka jedna wpadła mi w oko, lalka jak miód, malina, węglowodan.

Patrzę pewnego razu i dochodzę do wniosku, że niczego sobie ona na tej bieżni zapierdala, czym bardzo mi zaimponowała. Wskakuję więc za nią na tę nową bieżnię i wspólnie tak zapierdalamy ku lepszemu jutru. Ona ucieka przed codziennością, ja gonię marzenia. Jestem coraz bliżej, dyszę jej na kark, najgorzej, że mnie również ktoś dyszy i też na kark. Odwracam się, nie zwalniając, a tam jakiś typ dołączył do peletonu. Gość prawdziwy dzik słowiański, nabity, jakby tyrał na pace jeszcze przed wynalezieniem ciężarów. Pewno jej fagas zaniepokojony sytuacją. Biegnie za mną, krzyczy do dziewczyny przez moje ramię: „Gosia, spierdalaj, jakiś zbok cię goni”. Gosia na to: „Marcin, nie mogę go zgubić”, a ja: „Słuchaj ukochanego, Gośka. Przyspiesz, wybiegnij ze strefy komfortu”. Gośka podkręca tempo, koleś nie wyrabia, zjeżdża z bieżni i pada na pysk, odbija się od podłogi i wykonuje trzy pompki na jednej ręce. Niestety to tylko pośmiertne drgawki sportowego świra – po chwili Marcin leży bez tchu w objęciach wiecznej regeneracji.

Sapiąc, parskając, szepczę Gosi do ucha, a ona mnie słucha: „Słuchaj, Gosiu, zostaliśmy sami. Piękni, młodzi, jak te konie w galopie. Możemy tak biec przed siebie do usranej kolki albo wpaść do mnie na seks i jarmuż albo jarmuż i seks, albo jarmuż, seks i kaszę jaglaną”. Odpowiada, nie odwracając się, że w sumie spoko, ale zostało jej jeszcze osiemnaście kilometrów. To ja tak myślę, że jak już dobiegniemy, będę wyglądał jak szczur pustyni, a ona jak wieszak z czarnego protestu. Więc zeskakuję z maszyny, przeskakuję eksa Gośki, co z niego był biegacz klasy chuj nie olimpijskiej, i zwijam z lokalu, żeby nie beknąć za nieumyślne lub współudział.

Następnym razem spróbuję poderwać jakąś na stepie, może mniej się namorduję.

Dodaj komentarz