Upadek człowieka w dziekanacie

Po niezliczonych latach spędzonych na uczelni i degustacji porażki we wszystkich jej cierpkich odmianach, dochodzę do wniosku, że prędzej skończę życie niż studia. Z każdym kolejnym hologramem na odwrocie legitymacji jestem bliżej diabła. Każda wizyta w dziekanacie jest jak przerwana w ostatniej chwili egzekucja Dostojewskiego, zostawia w umyśle larwy niepokoju, które żerując na zwojach uporczywie forsują myśl, że nie ma rzeczy bardziej niewiarygodnej od rzeczywistości.

Otwieram drzwi i wkraczam do jądra ciemności.

Gorzej trafić nie mogłem. Za biurkiem ta najgorsza, gruba, z wąsem, sum na sterydach, spasiony sum-sadysta, pieprznięty sum-Neron, który gra i śpiewa, gdy stypendia płoną. Zbliżam się do biurka, sięga mi ono powyżej pasa,  zatem dla baby za nim jestem  już na wstępie ledwie pół-człowiekiem, a to dopiero początek degradacji. Kobieta taksuje mnie  złym wzrokiem i opiera swe łapy ciężkie, żylaste na blacie.

Z radia dudni jakiś marsz pruski. Dryl jak za kanclerza Bismarcka. Patrząc na kobietę, dochodzę do wniosku, że gdyby dowodziła armią, to po walnej bitwie kazałaby martwych zawieźć do szpitala a rannych zakopać w dole, tak po prostu, dla zgrywy. Zachodzę w głowę, po co ta kamerka na biurku w moją stronę zwrócona. Pewnie po godzinach oglądają nagrania pełne poniżenia: „Patrz Wiola, mogłam zabić, a tylko odebrałam godność”, „Za dobra jesteś Marysiu, jak ta herbatka dobra, pyszna”.

Przedstawiam się, mówię, że pragnę dostać naklejkę, bo do domu na święta nie wrócę. Kiwa głową, sprawdza w systemie i po chwili tonem bezdusznym, że nie dostanę, bo nie oddałem dyplomu kopii ze studiów pierwszego stopnia. Zatem odpowiadam, że nie wręczyłem dyplomu kopii, bo nie odebrałem dyplomu oryginału, ten nadal spoczywa u nich w szufladzie. Sumica pyta, oburzona, czy w nocy im po szufladach grzebałem że taki pewny siebie? Jakby mnie przyłapała, to by mi dłoń przytrzasnęła, aż by łapa uschła i oby ją gangrena zżarła. Próbuję załagodzić, że taki skrót myślowy, przenośnia, rąk w po nocach nigdzie nie wsadzam, wszak na kołdrze grzecznie je trzymam, mimo że jestem singlem.

Szczerzy się do mnie tym uśmiechem złego klauna, decyzją sądu od dzieci oddzielonego, i oznajmia, że mam viel gluck, podbije kenkartę, tylko oświadczenie wypełnię, że na własną odpowiedzialność studiuję coś, co mnie w niedługiej przyszłości do okrutnej śmierci głodowej doprowadzi. Zgadzam się, przecież umrzeć można głupiej, choćby w dziekanacie, gdy serce pękło z hańby.

Podłącza drukarkę, a tu taki feler, że USB dostało pierdolca, tyn-tyn-dyn, dyn-tyn-dyn, tyn-tyn-dyn, dyn-tyn-dyn. Nie wydrukuje zatem dokumentu, a ja go nie podpiszę, więc to tak, jakbym w żadnej sprawie wcale nie przyszedł i powinienem teraz, w tym momencie właśnie, już iść sobie precz, bo dla niej już nie istnieję, nie ma na mnie dowodów.

Padam na kolana gotów błagać o tę naklejkę, od której tyle przecież zależy. Sumica na to że, ją to podnieca, kiedy student prosi, ale w moim przypadku to student wyłącznie świni, co ją cokolwiek niesmaczy. W tym momencie dochodzi do głosu wkurwione USB, tyn-tyn-dyn, dyn-ty-dyn, a baba rży podle i na domiar złego przedrzeźnia paskudnie: kwik-kwik, kwik-kwik.

Otwieram gębę, chcę coś tłumaczyć, ale nie mogę, bo tyn-dyn, dyn-tyn mnie zagłusza, a Sumica patrzy na mnie, delektuje się moim cierpieniem, i jeszcze radio podkręca, a tam czerwone korale, czerwone niczym wino, z komputera dalej tyn-tyn-dyn, dyn-tyn-dyn, na mojej twarzy łzy bezsilności, wielkie łzy tyry-ry.

Wybiegam z pomieszczenia, zakładam kaptur i chowam się w najciemniejszym kącie uczelni. I tak trwam poniżony, wtulony w ścianę. W głowie tyn-dyni mi szydercze USB. Studenciaki mijają mnie bez słowa, jak mija się  zazwyczaj wyjątkowo przykrą instalację artystyczną.

Wtem zbliża się do mnie jakaś studentka z wymiany, w koszulce z cyrylicą, widocznie ze wschodu, piękna jak hej sokoły, jak czarnoziem dorodna. Obejmuje. Zapewnia z akcentem, że już dobrze, już dobrze, gładzi mnie po czole, pyta, czy czuję się bardzo samotny. Odpowiadam, że owszem, i ciepię katusze, bo na studiach, przez kilka złych decyzji ochrzczonych marnym piwskiem, dotkliwe sto lat samotności zamieniło się w miłość w czasach zarazy. Ale to w sumie chuj, bo co gorsza  przez nieważną legitymację  przepadły moje zniżki na bilety i promocyjne kotlety.

Niespodziewanie dziewczyna wybucha śmiechem, odpycha mnie, wyciąga z kieszeni telefon i robi zdjęcie mojemu żałosnemu, przegranemu ryłu. Oznajmia, iż prowadzi na Facebooku fanpage dziekanatu. Moje poniżenie było streamowane i teraz każdy z widzów chciałby mnie poznać i osobiście obsobaczyć. Kilku nawet wyraziło chęć oddania mi swoich legitymacji, jeżeli tylko zaraz po obronie  podejmę się transmisji „spróbuj się najeść challenge”.

Dodaj komentarz