Przy świątecznym stole. Klątwa kolejarza

Pierwszy dzień świąt. Przy stole rodzina. Atmosfera z pozoru pogodna, jednak w swej prawdziwej istocie bolesna i przesycona maskowanym ze wszystkich sił poczuciem klęski. Rodzina bowiem, a dokładnie jej najmłodszy członek, dotknięta była klątwą kolejarza, odwetem natury za wszystkie upokorzenia związane z warunkami przewozowymi kolei regionalnych.

Potrawy made in WARS zimne, bo dotarły ze 120-minutowym opóźnieniem. Dziadzia w międzywojennym mundurze kolejarza już ledwo sapie, już ledwo zipie, ale wychyla kieliszek wódki za kieliszkiem koniaku. Ojciec patrzy w bigos i pogrąża się w zblazowaniu. Zamyślona Matka patrzy na ojca i –  nieświadomie – z kapusty i śledzika na swym talerzu tworzy świąteczny kolaż. Z telewizora brzmi „Dzisiaj w Betlejem” w wykonaniu Rudiego Schuberta.

– Przez tę głupią grę Robercik nie raczy nawet zejść na obiad – rzekła Zatroskana Matka do Zblazowanego Ojca.

– A niech siedzi u siebie – odparł Ojciec. – Helenko, nasz syn dorósł do swego człowieczeństwa i zaczął strzelać do prawdziwych ludzi. Pozwól mu to odpowiednio przeżyć. To najwłaściwsza terapia.

– I co, mam się cieszyć, że mój syn eksterminuje rodaków na zagranicznym serwerze? Że przy łamaniu się opłatkiem nuci jakieś syberyjskie przyśpiewki? Może jeszcze pierożka, Tadziu?

– Helenko, myśl pozytywnie. Ciesz się, że już mu się odwidziało bycie komunikacją zastępczą. Dziękuję, zjem pierożka, Helciu.

Matka parsknęła z nosa parą i podała mężowi talerz z pierożkami.

– To wszystko przez twojego ukochanego tatusia – wydusiła z siebie nieśmiało.

Kilka dni temu Dziadzia przedstawił Robercikowi historię jego poczęcia, myląc swego wnuka ze swym synem i wagon towarowy z  przedziałem konduktorskim.

– Nie moja wina, że Elka jeździła na gapę – powiedział Dziadzia, a pytania, których nikt nie chciał zadać, zawisły w oleistym zaduchu izby.

– Daj Dziadzi spokój – powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu Ojciec. – A niby to, że kiedy Robercik pragnął towarzystwa, podarowałaś mu kolejkę elektryczną, nie odcisnęło piętna na jego psychice? Albo gdy tłumaczyłaś, że prezentów w tym roku nie będzie, bo renifer zaplątał się w trakcję? Kim miał do cholery zostać? MiG–iem dwudziestym dziewiątym?

Telekolenda urwała się gwałtownie. Na ekranie plazmy Rudi Schubert skrył się za swoim śpiewającym fortepianem, ponieważ w studiu pojawił się Rynkowski i zaczął wymachiwać pistoletem.

Dziadzia rozmarzył się i rzekł:

– Za moich czasów też strzelali i to młodsi od Robercika nawet. Oczywiście nie wszyscy, niektórzy już nie żyli.

– Pamięta tatko, kiedy pierwszy raz zastrzelił człowieka? – dopytywał Zblazowany Ojciec.

– Oczywiście.

– A co było dalej?

– Skończyła się amunicja. Koledzy poszli zwijać tory przed Niemcami.

– Jako partyzanci?

– Jako złomiarze.

Dziadzia wpadł w trans, zrezygnowawszy z teraźniejszości na rzecz przeszłości.

– Nie mogę was słuchać – powiedziała po chwili wzburzona Zatroskana Matka. – Z syna robicie mi zbrodniarza wojennego, a Dziadzia gotów zaraz sprośności swej młodości na stół wykładać.  I to przy Świętach. Z tym trzeba skończyć!

– Nie waż się tykać routera! – krzyknął Ojciec.

Lecz było już za późno. Kobieta porwała się z siedzenia, doskoczyła do plątaniny kabli przy telewizorze, znalazła ten właściwy i wyrwała go z internetodajnego urządzenia.

Z piętra dobiegł ryk rozpaczy, a chwilę później gwizd i miarowy stukot. Dźwięk potężniał z każdą sekundą. Po chwili napieprzał już jak pralka-epileptyczka. Z sufitu odpadał tynk i zapewniał rodzince klimat Merry Christmas.

– No to teraz musisz go zapowiedzieć, albo się wykolei – powiedział ojciec, wyraźnie wkurwiony, przyprószony tynkiem.

Dziadzia drgnął.

– Robercik ma dzisiaj urodziny? – zapytał.

– Nie tato, nie on – odrzekł ojciec nerwowo.  – Tatko ma już widocznie problemy z pamięcią.

– Co?

– I ze słuchem – dopowiedziała Matka, po czym dodała głośno i wyraźnie: – Achtung! Attention! Ostorożna!  Pociąg pancerny z bronią z Kaliningradu nadjeżdża na tor niewłaściwy przy peronie pierwszym lepszym. Rodzinę prosi się o modlitwę i kontakt z dziecięcą poradnią zdrowia psychicznego.

Wtem do salonu wjeżdża Robercik. Ciężki, ogromny, pot z niego  spływa. Dyszy, sapie, turkoce i stuka piętami. Zatrzymuje się przy rodzinnym stole, między domownikami.

Robercik gwiżdże przeciągle jeszcze raz, po czym spogląda pogardliwie na zebranych, pierożki oraz bigos, i rzuca z konduktorską pewnością siebie w stronę rodziców:

– Wy nie wsiadacie.

To powiedziawszy, puszcza parę z nozdrzy i rusza, z początku powoli, stopniowo nabiera pędu. Sapiąc szyderczo, strąca małe wagonik z choinki, opuszcza salon, zatrzymuje się na chwilę w korytarzu, by po chwili wytoczyć się na dwór, rozprysnąć grudniowe błoto na dom sąsiadów i obrać kierunek na wschód, gładko tak, lekko tak toczyć się w dal.

Cały salon w tynku, stół wygląda jak przeciętny stół w Kolumbii, Matka, Ojciec i Dziadzia jak przeciętni zabłąkani w Andach.

– No to, kurwa, masz Helenko Kolej Transsyberyjską w osobie syna. Trzeba było pozwolić mu walczyć. – stwierdził Ojciec. – Gdyby później zaczął strzelać w dworcowej poczekalni, to przynajmniej nakręciliby o nas film, a związki zawodowe wywalczyłyby nam podwyżki. A tak to co? Wysprejują mu penisa na plecach. Wstyd dla całego taboru.

Matka tylko westchnęła.

– Odbierzemy go jutro z granicy. Całe szczęście, że nie powiedzieli mu, że mają tam inny rozstaw szyn.

– Wehrmacht  też się na to nabrał – zauważył rezolutnie Ojciec.

Dziadzia ocknął się na brzmienie nazwy znajomej instytucji.

– Robercik nie żyje?

– Nie tato, to nie te święta i nie on.

– Całe szczęście – odparł i sięgnął po kieliszek koniaku. – Sto lat!

Dodaj komentarz