Tożsamość Trzmiela. Kres wspólnoty

Miałem już do domu wracać, lecz pęcherz nie sługa, potrzeba nie sens życia – nagle nie znika.

Wchodzę do uczelnianej toalety, do kabiny, bo pisuar nieczynny do odwołania, ustawy regulującej być może. Patrzę – na sedesie portfel leży i kusi. Otwieram. Pieniędzy mnóstwo, tysiąc, może milion, nie mnie szacować, studia humanistyczne.

Chcę zabrać, lecz serca nie mam. Widocznie poprzednik zostawił forsę, bo papier się skończył, tylko reszty fantów zabrać zapomniał w swym altruistycznym nieopamiętaniu.  Zatem zostawiam i ja, żeby się następca z bilonem nie musiał męczyć.

Zresztą już jestem bogaty, głównie wewnętrznie, przez co nieszczęśliwy bezbrzeżnie.

Zaglądam w dokumenty. Legitymacja – Wojciech Trzmiel, dowód –  Wojciech Konstanty Trzmiel. Prawo jazdy i karta wędkarska jak wyżej. Postanawiam odszukać Trzmiela,  przecież już grudzień, oddać kartę powinienem, bo chuj bombki strzeli, karpia nie będzie. Ale prawko przywłaszczę, coś mi się w końcu należy, planuję uwodzić dziewczyny. Cześć, mam prawko, brum–brum, pochwal się ojcu, auta jeszcze nie, ale jestem Wojtek, Wojtek Trzmiel sensu stricte, jak jest zapisane.

Zostawiam banknoty na spłuczce, zabieram portfel z bazą danych. Wychodzę na korytarz. Z tego wszystkiego zapomniałem, co mnie do toalety skierowało. Triumfem woli fizjologia wyparta.

Na korytarzu tłok, pytam studenciaków, czy znają Trzmiela, co tu w toalecie był. Oni że tak, wszyscy go znali, Klub Pszczelarza albo Koło Sandacza najwidoczniej, myślę  i biegnę (jednocześnie), z ciężkim pęcherzem, w stronę schodów, bo tam ponoć się kierował, tak mi ogłosili, że tymi schodami na dół Trzmiel podążył.

Na dole,  czyli w wydziałowym holu, coś się dzieje, stół na środku, przy stole krzesła, na krzesłach studentki, na stole karton. Jedna ze studentek to Justyna, cześć Justyna, co robicie, a, zbieracie ubrania do kartonu, dla biednych dzieci albo powodzian, ale nie wiesz, dlatego dwa magnetopudła, z jednego Majka Jeżowska, „Wszystkie dzieci nasze są”, z drugiego Hey, „Moja i twoja nadzieja”? No, niezłe combo, kakofonia, mógłby ktoś rzec, ważne, że w słusznej sprawie, racja, obie sprawy słuszne współmiernie, nie wolno faworyzować.

A znasz ty może Trzmiela, bo mi gdzieś odleciał, że tak to ujmę? Nie znasz, ale miał tu być, aktywista, organizator zbiórki? To super, słuchaj, zostawiam tu kurtkę, na oparciu  krzesła, bo muszę skorzystać z biblioteki, przypudrować nos, z kurtki pożytek żaden w tych okolicznościach.

Wracam, czuję lekkość, ale tylko przez chwilę, gdyż na holu Justyny nie ma, kartonu nie ma, co najgorsze  – kurtki nie ma, bo krzesła też wynieśli nieznani oni. A w kieszeni wewnętrzne kurtki przecież tożsamość Trzmiela pogrzebana.

Pytam jakiejś Asi czy Basi o kurtkę, ona że owszem, była, ale już przyszedł kurier DPD czy MPK, zabrał dary dla profesorów bez etatu, zresztą jakie to dary,  jedna kurtka, ale dobre i to, będą nosić na zmianę.

Wybiegam przed budynek, patrzę: furgonetka odjeżdża, dziekan macha chustką, doktoranci też machają, czym popadnie akurat. Tylko rektor nie macha, bo rektora brak, rektor to tylko instancja, rektorem to można pierwszorocznych straszyć.

Wracam do holu. Tłumaczę Asi czy Basi, że zaszła pomyłka, że muszę odzyskać, odpowiada, iż postąpiłem słusznie, choć nieświadomie, i że wrzuciła do kartonu, że liczą się tylko dobre chwile, które możemy razem przeżyć,  spróbować skruszyć serca lody Jeżowskiej wokalem. Tak w ogóle to szuka ojca dla dziecka w swym łonie, mimochodem dodaje.

Odpowiadam, że muszę przemyśleć naszą relację i odbijam w lewo, w korytarz, bo widzę tam Justynę rozmawiająca z jakimś gościem. Ona się śmieje,  on – podryw ekstraklasa: anegdotka, że zasnął na wykładzie, obudziły go dopiero sprzątaczki, smyrając mopem po piętach, on wstaje, dziwnie, mokro,  nie ma butów, normalnie mu zajebali. Stoi boso, wtedy one do niego „Dzień dobry, panie Wojtku”. Justyna na to, przez łzy szczęścia, intonując wznosząco: „kto ci buty ukradł, masakra jakaś”. A koleś, że nie wie, patrzył potem po girach na roku, ale może złodziej z przekory na rękach stąpa.

Już prawie jestem przy nich, gość wyciąga do Justyny dłoń, Wojtek, Wojtek Trzmiel, potrafi zapylić, that’s what she said.

Śmiechu co nie miara, dyskretnego pożądania erupcja, feromonów żar. Wtedy  przerywam im te amory słowy:

– Trzmielu, znalazłem twój portfel, a później go straciłem, ponieważ karton został w słusznej sprawie wywieziony. Głupio mi i wewnętrznie chłodno, bo kurtka kogoś innego otulać będzie.

On natychmiast po kieszeniach, szok, trwoga, oznajmia, że zaraz tam zadzwoni do Domu Weterana i odzyska dokumenty, ale co z dofinansowaniem z Unii Europejskiej, które to ze zbiórką związane, dla ratowania pomników nauki bez etatów zaczerpnięte? Zatem tłumaczę, jak sytuację zinterpretowałem, w związku z czym na inne cele fundusze przeznaczyłem.

Biegiem na piętro, sorry Justyna, wybiła godzina. W toalecie pieniędzy nie ma, sprzątaczek nie ma, bo już się wymówiły, pewnie kołują na jakąś Papuę-Nową Gwineę, byle poza Schengen, tam za hajs Brukseli bisurmanić.

Trzmiel skomle, że to nie tylko koniec uczelni jako instytucji, ale też koniec Europy jako wspólnoty. Bo to nie pierwszy raz dofinansowanie dostał, ale z pewnością ostatni, bo nigdy ono na swój cel nie trafiło. Tato jest europosłem, to mówił, że nastroje panują takie, że jak jeszcze raz ktoś fundusze zdefrauduje, to Trybunał w Strasburgu nie dość, że Unię rozwiąże, to Europę w ogóle, niech się teraz każde państwo na własną rękę o status kontynentu ubiega, łaski bez.

Następnie o  uczelni jazgocze. Co ma tym wszystkim Erasmusom powiedzieć, co taka Asia czy Basia pocznie, jak Pablitowi wytłumaczy, że papy nie pozna przez polityczne embargo na  genów ubogacanie? I ma teraz ten dziekan biedny, co czcionki zagraniczne dekretem na platformę studencką wprowadził, zwolnić informatyków z wielkim trudem z woźnych pozyskanych?

Pocieszam go, że Europa Eurowizję przetrwała i kilka totalitaryzmów ponadto, więc i po tym ciosie się podniesie, choć tym razem trudniej jej będzie zdecydowanie. O studiach nie gadam, bo o czym tu gadać.

Schodzimy na powrót do holu, tym razem już nigdzie się nie spiesząc, bo apokalipsa cierpliwa jest.

Tłumaczę Trzmielowi, że nawet jeżeli wszystko się rozparceluje, to może nie będzie tak źle, na co on odpiera, że o Jugosławii też tak mówili, ale wyszło jak wyszło: B 52 i tomahawki.

Zostawiam go więc na wydziale i postanawiam spotkać się z Asią czy Basią. Młody Pablito będzie potrzebował  męskiego wzorca. I odnajdzie go, szukając przeciwieństwa tatusia.

*

Wojciech Trzmiel nie przyjął  zwróconych dokumentów. Stanowczo wyrzekł się swojej dotychczasowości. Postanowił określić się na nowo, odpowiedzialnością motywowany.

W niedługiej przyszłości, dzięki wsparciu lobby separatystów, objął urząd rektora.

Od tej pory nikt go nigdy nie widział, toteż i nikt w jego istnienie nie wierzył.

Dodaj komentarz