Dekadentyzm i zarządzanie

Marek był dekadentem, a że wiek na dobrą sprawę dopiero się rozpoczynał, podobnie dekada, cierpiał podwójnie. Marek cierpiał też z innych przyczyn, na przykład z takiej, że skończył zarządzenie wtedy, gdy skończyło je już pół Polski, zatem zarządzać było komu, niestety nie było kim, bo drugie pół przebywało za granicą.

Marek wiedział, że dzieje się źle ogólnie, pragnął zatem chwycić świat za stery i powstrzymać nieuchronny upadek wartości i jakości.

Ze swoim świeżym dyplomem udał się do pewnej wielkiej korporacji na umówione spotkanie z prezesem. – Dzień dobry, przyszedłem objąć stanowisko kierownicze – rzekł Marek na wejściu . –  Ale ja tu zajmuję to stanowisko – odpowiedział zdziwiony prezes. – Przykro mi – rzucił Marek, bo taka była prawda – ale moje wykształcenie zobowiązuje. – Rozumiem – odpowiedział po namyśle biznesmen. – W takim razie ma dla pana propozycję. – Związaną z zarządzaniem lub kierownictwem? – dopytywał Marek. – Oczywiście – odpowiadał prezes – zostanie pan kierownikiem jednoosobowego zespołu kierującego się w stronę wyjścia.

„Przecież wszędzie potrzebują zarządców”, pocieszał się Marek. Odrzucony przez korpo postanowił spróbować swych sił w pracy u podstaw, czyli  w budowlance. Gdy przyjechał na miejsce budowy ośrodka rehabilitacji, dostrzegł świeżo wylane schody i podjazd dla wózków inwalidzkich, biegnący równolegle do schodków. Tyle że stopnie prowadziły do wejścia, a podest wtapiał się w ścianę jakieś dwa metry obok. – To pan jest ten student, nowy kierownik? – zapytał wąsaty majster. – Owszem – odpowiedział Marek. – To niech pan nam teraz powie, co mamy zrobić, żeby przekonać inwestora, że tak to miało wyglądać. Bo przecież głową muru nie przebiją, nawet jak się rozpędzą.

Inwestor przyjechał na plac budowy dwie godziny później i całą odpowiedzialnością za prześladowanie niepełnosprawnych obarczył kierownika budowy. Marek przyznał, że tak my nowej Polski nie zbudujemy i pogrążył się w świadomości upadku.

Zmiażdżony pasmem niepowodzeń, umówił się chłopak na kilka głębszych ze znajomymi z roku.

Gdy dotarł na miejsce, raut trwał w najlepsze. – Podaj mi piwo – krzyczał Marcin do Adama. – Nie, ty mi podaj – odpowiedział Adam. – Niech on wam poda – zadecydowała Ala,  wskazując na Wojtka. Marek czuł się nieswojo. W końcu wpadł na to, jak połączyć swoja dekadencję z umiłowaniem do władzy.  Kazał wszystkim spierdalać i poszedł do domu.

Marek został bezrobotnym, ale nauka nie poszła w las. Bywa przygnębiony, ale ogółem radzi sobie nieźle z zarządzaniem czasem wolnym.

Dodaj komentarz