Międzynarodówka węglowa

Wjeżdżam na teren składu węgla. Niewielki placyk otoczony z trzech stron brzydkimi betonowymi płytami, od frontu niskim płotkiem. Na placu niewielki szary kontener służący za biuro i zdechło– kanarkowa ładowarka CAT. W rogu waga nieskalana prawidłowym pomiarem. Wzdłuż betonowego ogrodzenia przykryte plandekami boksy wypełnione węglem. Obok kontenera na składanym krześle chrapie wąsaty operator ładowarki z puszką piwa w dłoni.

Wysiadam z samochodu, prosto w błoto i pył węglowy, czyli w mieszankę górniczą a la Zola. Z kontenerobiura wychodzi kierownik, wysoki i żylasty, umorusany od kaloszy po czapkę.

–  Dzień dobry, kupiłem u was ostatnio węgiel. O, ten – mówię, wskazując na najbliższy, odsłonięty boks – i niech pan sobie wyobrazi, że on strzela w piecu.

–  Strzela, owszem – odpowiada kierownik, zachowując kamienną twarz.

–  Dlaczego?

–  Bo jest ruski.

–  Ruski węgiel na polskim składzie? Do tego agresywny? Co ja mam teraz zrobić, drogi panie?

–  Proszę nie reagować na prowokacje i nie odpowiadać ogniem.

Do diabła z tym węglem – myślę. Kupiłem pół tony, przyda się na sylwestra. Albo oddam na finał WOŚP– u. Albo będę straszył nim psy sąsiadów.

–  A co trzymacie pod tymi plandekami? – wskazuję na boksy obok.

–  Koks z krainy kangurów i groszek z krainy koksu – uśmiecha się nieskromnie, ten żart to pewnie jego popisowy numer, hit Barbórki. –   Australia i Kolumbia.

–  A  z Ameryki niczego nie bierzecie? – pytam, chyba tylko po to, aby sprawdzić jego repertuar.

–  Aktualnie nie. Mamy za to drzewny z Wietnamu. Produkcji amerykańskiej.

–  Rozumiem – kłamię.  – W takim razie niech pan pokaże mi polski węgiel, kupię tonę naszego, polskiego węgla – daję mu ostatnią szansę. – Chyba macie taki, co?

Kiwa ze zrozumieniem, prosi, żeby szedł za nim i prowadzi mnie do ostatniego w  boksu. Ściąga brudną narzutę i odsłania czarny kopiec.

–  To nasz krajowy węgiel. Z polskiej kopalni.

–  Z której?

–  Z Wieliczki.

–  Przecież tam nie ma węgla!

–  Bo jest tutaj.

– Dobrze – poddaję się. –  Jaka kaloryczność?

–  Zero kalorii.

–  To on w ogóle grzeje?

–  Wcale. Ale też nie tuczy.

Macham ręką i odwracam się na pięcie. Składów przecież pełno w tym mieście. Gdy miałem już wchodzić do auta, facet zatrzymał mnie.

–  Mamy jeszcze węgiel workowany, na paletach za budką, ale proszę o dyskrecję – mówi wyraźnie zaniepokojony. – Mogę panu sprzedać ze trzy wory, ale to tak na czarno.

„Węgiel na czarno”, powtarzam w głowie. Nietypowe.

–  A co z nim jest nie tak? Trefny jakiś? Konspiracja? Dlaczego musi się ukrywać? – tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi.

Mężczyzna milczy zagadkowo. Pieprzony węglowy sfinks, strażnik hałd węglowej międzynarodówki. W końcu odzywa się  zawstydzonym głosem:

–  Niech pan spojrzy na niego – mówi, wskazując na kierowcę ładowarki, który śpi już nie na krześle, a pod krzesłem. – On pije, żeby  zapomnieć. Zapomnieć o tym węglu, który pakował do worków. Bo to nasz węgiel. Nasz najlepszy, nasze czarne złoteńko. I my go musimy wysyłać za granicę…

–  Dlaczego?

–  Wie pan, tego nikt nie rozumie. Prawda jest taka, że każdy u nas chciałby palić naszym węglem, ale ściągamy węgiel  z zagranicy. Tak z przekory. Natomiast naszego węgla nikt za granicą nie potrzebuje, dlatego go wszystkim wysyłamy. W trakcie pobytu naszego węgla na emigracji dochodzi do rusyfikacji krajowych pieców. I tak rodzi się energetyczna nostalgia, której zaawansowane stadium dostrzec może pan w osobie mojego pomocnika.

–  Czy ma to jakikolwiek sens? – pytam.

–  Owszem, martyrologiczny.

Kierownik składu węgla pobladł wycieńczony bolesnym wyznaniem. Ja natomiast spurpurowiałem z oburzenia.

Wąsacz nostalgik ocknął się, otworzył sklejone miałem oczęta, spojrzał w naszym kierunku i pozdrowił nas w geście patriotycznego uniesienia.

Wieczorem, marznąc przed zimnym piecem, dochodzę do wniosku, że jeżeli nasz węgiel na obczyźnie strzela jak ten ruski, to wojna światowa jest nieunikniona.

Dodaj komentarz